10 najlepszych metalowych piosenek 2015 roku

10 najlepszych metalowych piosenek 2015 roku fot. Archiwum/NajlepszePiosenki.pl


Może nie było w 2015 roku metalowych albumów stanowiących jakikolwiek przełom w znanych formułach, nikt nie wyważył nowych drzwi, nie przetarł nowych szlaków, ale za to powstało mnóstwo płyt znakomitych, bardzo dobrych i dobrych, do których będę wracał często i chętnie. Co cieszy, całkiem sporo światowej klasy łojenia powstało w Polsce. Ale jak wiadomo, na tym polu od lat zaliczamy się do światowej czołówki i jeżeli wszystko będzie toczyć się jak do tej pory, będziemy wdrapywać się wyżej i wyżej.

10. Antigama – „Randomize The Algorithm”

Antigama powróciła we wspaniałej formie. Grind core w jej wykonaniu jest na poziomie światowego topu gatunku. „Randomize The Algorithm” z miejsca zabija nieodpartą energią, której nie powstydziliby się mistrzowie z miejsca czwartego notowania najlepszych metalowych piosenek 2015 roku.

Album: „The Insolent”
Wydawca: Selfmadegod



9. Slayer – „Repentless”

Wielcy mistrzowie thrash metalu powrócili albumem, będącym jakby pokazaniem środkowego palca wszystkim niedowiarkom. Slayera na straty spisywać jeszcze nie należy, czego dowodem świetna, dynamiczna, pędząca na złamanie karku kompozycja tytułowa, zilustrowana mocnym, krwawym teledyskiem. Choć płyta jako całość traci przy bliższym poznaniu, kawałek „Repentless” na pewno będzie tym, który po niej pozostanie na długo.

Album: „Repentless”
Wydawca: Mystic Production

8. Ghost – „He Is”

Myślałem, że będą krótkotrwałym żartem, opowiedzianym, by czasem powkurzać kler i rozbawić młódź. Bardzo się myliłem – tak napisałem w recenzji płyty i zdania zmieniać nie zamierzam. Ghost udowadniają bardzo przekonująco, że są muzykami z krwi i kości, potrafiącymi pisać fantastyczne piosenki. „He Is” to wspaniała demonstracja umiejętności komponowania łagodniejszych, bardziej balladowych kompozycji, w których piękne gitary wspaniale uzupełniane są przez chórki i klawiszowe smaczki. Miód!

Ghost trafił zresztą też do naszego notowania „24 najlepszych albumów 2015 roku”

Album: „Meliora”
Wydawca: Universal Music Polska

.

7. Shining – „Last Day”

Norwegowie chcą jednocześnie wariować, mieszając ostry metal z jazzem (czyli grając blackjazz) oraz pokazywać, że wcale nie są pozbawieni umiejętności pisania piosenek nie tak znowu odległych od głównego nurtu. Zajeżdżający krzyżówką NIN i Marilyn Mansona kawałek jest doskonałym przykładem na poparcie tej tezy. Niezwykle inteligentne pomieszanie metalowego czadu z elektroniką i piękny saksofonowy akcent. Numer zaraża potężną energią. No i ten klip na skale Trolltung.

Album: „International Blackjazz Society”
Wydawca: Spinefarm


6. Paradise Lost – „No Hope In Sight”

Paradise Lost coraz mocniej nawiązuje do swoich początków, co budzi więcej uznania niż narzekania ze strony malkontentów, zarzucających Anglikom, że to nie „true” i że jadą na trendzie na old school. Kiedy słucha się takich numerów jak „No Hope In Sight” można tylko z politowaniem pokręcić głową, bo riff Grega Mackintosha ociera się o geniusz, a pod względem nastroju utwór powinien zadowolić różne pokolenia fanów zespołu.

Album: „The Plague Within”
Wydawca: Century Media

5. Embrional – „Madman’s Curse”

Znakomity numer z jednej z metalowych płyt 2015 roku, którą stworzył gliwicki deathmetalowy Embrional. Początek jak z horroru, potem głęboki, ciężki, niemal doomowy patent, przyspieszenie przychodzi pod koniec. Gęsty mrok, atmosfera pełna przerażenia. Niewiele środków, a tak esencjonalny przekaz. Chciałbym ich zobaczyć na trasie z Cruciamentum.

Album: „The Devil Inside”
Wydawca: Old Temple

4. Napalm Death – „Smash The Single Digit”

Tu wiele komentować nie trzeba. Największa legenda grind core’a nie tylko jest cały czas żywa, lecz również cały czas stara się iść do przodu, być jeszcze sugestywniejsza, mocniejsza, brutalniejsza, bezkompromisowa w przekazie. Ten numer jest jednym z wielu przykładów na albumie, ale przykładem chyba najlepszym, najbardziej dosadnym.

Album: „Apex Predator – Easy Meat”
Wydawca: Century Media

3. Blaze Of Perdition – „Królestwo niczyje”

Bywa tak, niestety, że ktoś mocno sponiewierany przez los, tworzy rzeczy naprawdę wielkie. Fortuna dla Blaze Of Perdition nie była łaskawa kilkanaście miesięcy temu. Śmierć przyjaciela, poważne obrażenia dwóch muzyków. Po długiej przerwie pojawiła się płyta pełna intensywnych emocji. Zarówno podniosła i monumentalna, jak i wściekła i niesamowicie brutalna oraz przerażająco klimatyczna. W tej kompozycji jest wszystko, co czyni black metal gatunkiem wspaniałym. Do tego mamy mocny i mądry tekst po polsku.

Album: „Near Death Revelations”
Wydawca: Agonia Records

2. Mgła – „Excersises In Futility V”

Jeden z najdłuższych numerów na trzeciej płycie krakowskich blackmetalowców, docenionej nawet przez wpływowy i mało metalowy serwis Pitchfork. Przez ponad osiem minut jesteśmy świadkami pięknej blackmetalowej historii, podszytej tajemniczością, emanującej beznadzieją, nihilizmem, wprowadzającej w trans powtarzanym przez kilka minut gitarowym patentem. Wciąga od startu, bawi się naszymi emocjami, aby pod koniec przepięknie się wygasić.

Album: „Excersises In Futility”
Wydawca: Northern Heritage / No Solace

1. Outre – „Chant 1.- Departure”

Tim Burton mógłby z powodzeniem wykorzystać tę kompozycję w którejś ze swoich mrocznych, filmowych opowieści. Mocno nawiedzona piosenka, zwariowana. Podobnie jak na całej płycie, także w tym utworze błyszczy wokalnie Stawrogin, będący niczym narrator wprowadzający nas z taką teatralną manierą w opowieść, której zakończenie raczej miłe nie będzie. Nie wiem czy to najlepszy, ale na pewno jeden z najbardziej charyzmatycznych wokalistów w mocnej muzyce. Ma coś takiego, że jak wydobywa z siebie dźwięki, elektryzuje i frapuje słuchacza w sekundzie. „Chant 1. – Departure” to wspaniałe otwarcie jednego z najlepszych blackmetalowych albumów, jakie powstały w 2015 roku. W skali światowej, nie tylko polskiej. Dalsze części opowieści są nie mniej ciekawe.




Album: „Ghost Chants”
Wydawca: Godz Ov War / Third Eye Temple


Komentarze

Lesław Dutkowski

Marzy mu się "kolacja" w Rainbow Bar and Grill w Los Angeles, na której byliby, rzecz jasna, Lemmy Kilmister plus Keith Richards, Paul McCartney, Neil Peart oraz, żeby zachować parytet, Lisa Gerrard, Jarboe, Madonna i Lady Gaga. Wierzy, że wykręciłaby się z tego niezła imprezka z mnóstwem anegdot. Miłośnik futbolu. Jako dyscypliny, bez kibicowsko-kibolskich podtekstów. Na basie grać się nie nauczył, choć próbował (za krótko). W muzyce robi od przełomu wieków. Zaliczył dekadę w serwisach muzycznych dwóch wielkich portali. Narobił dla nich parę setek wywiadów i jeszcze więcej recenzji oraz newsów. Wciąż nie ma dość.