10 najlepszych piosenek do gotowania i pieczenia

Sade fot. Sony Music

W kategorii ciasto wygrywa Sade. „Cherry Pie” to słodka, zawiesista niczym świeży miód piosenka. Subtelna, ciepła, aksamitna. Rozgrzewająca w długie zimne wieczory i rozleniwiająca w słoneczne popołudnia.

Zainspirowała mnie Kelis i jej skądinąd smakowity album „Food”. Kobieta pokazała, że jedzenie i muzyka mogą tworzyć pyszne połączenia. Poza tym lubię piec, gotować, smażyć i robić przetwory, słowem, bawić się w kuchni. Frajda tym większa, jeśli włączymy sobie odpowiednią muzykę. Wybrałam więc utwory nawiązujące, choćby luźno czy umownie, do kulinariów. Oto lista najlepszych piosenek do kuchni.

Kelis – „Milkshake”

Skoro sprawczynią owego zamieszania jest Kelis, zaczniemy właśnie od niej. O żeberkach już było w recenzji albumu „Food”, dlatego sięgnęłam po coś starszego, acz równie apetycznego. „Milkshake” w swym czasie był soczystym i bardzo apetycznym kawałkiem o mocno niekulinarnym podtekście. Co tu dużo kryć, Amerykanka śpiewa o swoich wdziękach czy – jak sama to wyjaśniała – o czymś, co czyni kobietę wyjątkową. Muzycznie mamy przyjemnie pulsujące, nowoczesne R&B z jeszcze bardziej przyjemnym alternatywnym sznytem, za co podziękowania należą się Pharrellowi Williamsowi i Chadowi Hugo, czyli The Naptunes.



Singel, odpłatnie, ściągnęło w USA ponad 880 tysięcy ludzi. W klipie w roli kucharza pojawia się ówczesny chłopak wokalistki (później mąż, a teraz już były mąż) Nas.

Sade – „Cherry Pie”

W kategorii ciasto wygrywa Sade. Pewnie na hasło pie, większość dopowiada sobie american, ale Madonna skutecznie obrzydziła mi przebój Dona McLeana, no i skojarzenia z komedią o szarlotce (i dojrzewaniu) jednak niekoniecznie pobudzają… apetyt. I chociaż moje kubki smakowe wolą jabłka od wiśni, w wersji muzycznej mało jest tak wybornych dań jak te, które serwuje Sade Adu. „Cherry Pie” to jedna z wielu smakowitych, słodkich, zawiesistych niczym świeży miód piosenek. Subtelnych, ciepłych, aksamitnych. Rozgrzewających w długie zimne wieczory i rozleniwiających w słoneczne popołudnia.

The Stranglers – „Peaches”

Zostańmy przy owocach. Najbardziej lubię śliwki i truskawki, ale od wszystkich „Strawberry Fields Forever” (The Beatles), „Fresh Strawberries” (Franz Ferdinand) czy nawet „Strawberry Bubblegum” (Justin Timberlake) lepsze są brzoskwinki The Stranglers, choć moje skojarzenia są nie do końca apetyczne. Mianowicie, przy pierwszych burcząco-rozedrganych dźwiękach piosenki od razu wyobrażam sobie… Raya Winstone’a (w wersji z nadwagą, nie jak z „Robina z Sherwood”) smażącego się w jaskrawych slipach nad basenem. Nie, brzoskwinki nie kojarzą mi się z żadnymi atrybutami brytyjskiego aktora, po prostu „Peaches” wykorzystano w obrazie (niezłym, polecam) „Sexy Beast”, gdzie w jednej ze scen Winstone wygrzewał się na słońcu.

Sama piosenka jest po prostu klawa. Odjechane klawisze, metaliczna gitara i ten piękny bas, a wszystko choć podskórnie punkowe, zadziorne, przez ten niespieszny rytm jakieś takie wyluzowane.
Pochodzący z 1977 roku numer był wielkim wakacyjnym hitem, rywalizującym z „God Save The Queen” Sex Pistols (ach, co za czasy). Seksualny podtekst i użycie takich słów jak „łechtaczka” sprawił, że stacja BBC zakazała emisji utworu.

D’Angelo – „Brown Sugar”

Ze wszystkich sugar-piosenek najbardziej lubię D’Angelo i jego „Brown Sugar” (The Rolling Stones niech się schowają). Sama słodycz. Jazzujący, klimatyczny, pościelowy numer z figlarną organową wstawką. Co prawda w tekście wokalista nie zachwyca się cukrem, lecz marihuaną, której uosobieniem jest ciemnoskóra kobieta, ale uprzedzałam, że kulinarne nawiązania będą luźne/umowne.

Suzanne Vega – „Caramel”

Od cukru jeszcze lepszy jest karmel, który de facto jest po prostu cukrem poddanym działaniu wysokiej temperatury. Najlepszy wychodzi Suzanne Vedze, jednej z najbardziej niedocenianych artystek wszech czasów. Jej muzyka choć niepozorna, skrywa niesłychane produkcyjne bogactwo i muzyczną wyobraźnię. „Caramel” to taki rozkosznie leniwy, słodko-melancholijny, tęskny utwór. Przepyszny.

System of a Down – „Chop Suey!”

O „słodkie” piosenki nie jest trudno, gorzej gdy marzy nam się wytrawne danie. Na szczęście, mamy System of a Down i ich chop suey, czyli chińską potrawę składającą się z mięsa (bądź ryby) i jajek, gotowanych z warzywami (fasolka, kapusta, seler) w gęstym sosie. „Chop Suey!” należy do najpopularniejszych piosenek metalowych, czemu nie można się dziwić. Ormianie z Kalifornii nagrali genialny, mocny numer. Wściekły i liryczny, agresywny i spokojny, dziwny i przebojowy, rytmiczny i melodyjny.

Utwór pierwotnie nosił tytuł „Suicide” (samobójstwo). Kawałek zapewnił grupie pierwszą nominację do Grammy. Wideo powstało na parkingu przed motelem w Los Angeles z udziałem około tysiąca szczęśliwych fanów. Choć klip ukazał się w czasach, gdy oglądało się teledyski raczej w telewizji niż internecie, na YouTube ma ponad 178 milionów odsłon.

A Tribe Called Quest – „Ham And Eggs”

Z mniej wyszukanych potraw na słono proponuję jajka na szynce, choć A Tribe Called Quest akurat tej potrawy nie zalecają. Nowojorska ekipa miała znakomity przepis na muzykę, łącząc tak zwany klasyczny hip-hop z jazzową estetyką. „Ham And Eggs” to funkowo rozhuśtany, mięciutki, beztrosko rozbujany numer o tym, że jajka zawierają dużo cholesterolu (I don’t eat no ham n’ eggs, cuz they’re high in cholesterol).

Las Ketchup – „The Ketchup Song (Aserejé)”

The Beatles mieli, w pewnym sensie, utwór o musztardzie („Mean Mr. Mustard”), The Smashing Pumpkins o majonezie („Mayonaise”), ale nie oszukujmy się – „The Ketchup Song” bije wszystko. Poziom absurdu tej piosenki jest wprost proporcjonalny do jej popularności. W 2002 roku każdy znał „Aserejé” i wiedział, jak to tańczyć (nie jest to szczyt choreograficznej finezji). Trzy roznegliżowane panny śpiewające na plaży musiały zrobić furorę. „The Ketchup Song” to ścisła czołówka najlepszych piosenek wakacyjnych. Singel rozszedł się nakładzie ponad 7 milionów kopii, co – pod względem sprzedaży – plasuje go wśród takich hitów jak „Oh, Pretty Woman” Roya Orbisona, „Take on Me” a-ha, „Genie in a Bottle” Christiny Aguilery czy „San Francisco (Be Sure to Wear Flowers in Your Hair)” Scotta McKenzie’ego. Można się nabijać, ale idę o zakład, że po kilku głębszych większość z was machała rękami jak dziewczęta z Las Ketchup. A przynajmniej próbowała.

Jack White – „Sixteen Saltines”

Z przekąsek można skusić się na krakersy. Jack White, a dokładniej jego córka, poleca ich 16. Utwór zainspirowany był rozmową muzyka z jego pociechą, która zapytana, co ma ochotę zjeść odpowiedziała… sixteen saltines (16 krakersów). White okazał się jednak stanowczym ojcem i pozwolił jej wszamać tylko trzy. Jeśli chodzi o samą piosenkę, dostajemy typowego Jacka, czyli dobrego Jacka. Mocny, wyrazisty rytm (trochę jak w „The Hardest Button To Button” The White Stripes), brudne gitary i piskliwe wokalne popisy Amerykanina. Mniam!

Blur – „Coffee and TV”

Po takim obżarstwie zostaje tylko jedno – kawa i telewizja. Połączenie doskonałe. Równie doskonałe jak nasączona klimatem z francuskiej riwiery piosenka z albumu „13” i towarzyszący jej nietuzinkowy klip z kartonem mleka (kawa bez mleka, fuj!) w roli głównej. Britpopowa perełka, bez której nie powstałaby pewnie cała masa indiehitów.

Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.