10 najlepszych piosenek Faith No More

Mike Patton/Faith No More fot. Archiwum Zespołu || NajlepszePiosenki.pl


Byłam na koncercie Faith No More trzy razy. W Zabrzu w 1993 roku, w katowickim Spodku w 1997 roku oraz na Open’erze w 2009 roku. Ale pojadę też na tegoroczny Open’er Festival bo Mike’a Pattona na żywo mogę obejrzeć jeszcze sto razy.

„Evidence”

Jestem muzycznym geekiem, który na własny użytek robi sobie rozmaite rankingi, tylko po to, by czasem porozmawiać o nich z innymi sobie podobnymi. Zdarzyło mi się więc porywać z motyką na słońce i robić listę najlepszych piosenek w historii (czasem 5, czasem 10, czasem 3). Oczywiście, z wiekiem przechodziła ona różne transformacje, ale za każdym razem przychodziły mi do głowy dwa utwory: „Breaking the Girl” Red Hot Chili Peppers oraz właśnie „Evidence” Faith No More.



W chwili premiery (rok 1995) ta piosenka była wielkim zaskoczeniem. Owszem, Faith No More mieli już wolniejsze numery, ale jednak zawsze bliskie rockowej stylistyce. Tymczasem „Evidence” to niemal dansing. Metalowa odpowiedź na Franka Sinatrę. Piękna melodia, niesamowita dramaturgia, ten styl i elegancja, jazzowe inspiracje (szczególnie w warstwie rytmicznej). Luźny bas, wysmakowane smyki, a do tego wszystkiego całkiem sporo mocy. Absolutne arcydzieło dopełnione lekko dziwacznym, nieco pachnącym Davidem Lynchem klipem (ręka do góry kto próbował takich ruchów łokciami jak Patton?;)).

Ciekawie wypada ta piosenka na żywo, bowiem Mike Patton zmienia część słów i wykonuje je w języku kraju, w którym występuje. Po polsku też mu się zdarzyło.

„Last Cup of Sorrow”

„Last Cup of Sorrow” wybrałam z powodu teledysku. Lubię bowiem, kiedy wszechświat się do mnie uśmiecha, a tak właśnie zrobił w 1997 roku. Przechodziłam wówczas fascynację twórczością Alfreda Hitchcocka, a w szczególności filmem „Zawrót głowy” (autentycznie się na nim bałam i w niektórych momentach wychodziłam z pokoju). Nagle, jeden z moich ulubionych zespołów realizuje teledysk, który jest miniinterpretacją (z przymrużeniem oka) mojego ukochanego thrillera. Czad! Patton zagrał postać, którą w filmie portretował James Stewart, a Jennifer Jason Leigh zastąpiła posągową Kim Novak.

Żeby jednak nie było, i bez teledysku, piosenka jest świetna. Mamy do czynienia z bardziej popowym wcieleniem Faith No More, choć Mike trochę się wydziera.

Okładka singla nawiązuje do plakatu obrazu Hitchocka.

„The Real Thing”

Są płyty, piosenki, które docierają do nas z opóźnieniem. Tak miałam z „The Real Thing” (wiadomo, wolałam „Angel Dust”). Znałam, czasem słuchałam, ale jakoś nie piałam z zachwytu. Któregoś dnia, włożyłam jednak do walkmana (!) kasetę (!) i wsiadłam do pociągu do Warszawy. I wtedy mnie trzepnęło. Nie tylko całą ponad 3-godzinną podróż słuchałam płyty (kasety) „The Real Thing”, ale i przez kolejne miesiące nie przestawałam jej katować. Numer tytułowy pozostał moim faworytem.

Skradające się emocje, podskórny niepokój, narastające napięcie. „The Real Thing” to też przykład tego, jak pokręconym i jednocześnie genialnym zespołem jest Faith No More. Kompozycja, czy raczej architektura tego utworu nie przestaje zadziwiać. Nie chodzi tylko o to, że mamy mnóstwo wątków i tak naprawdę kilka piosenek w jednej, ale sposób połączenia, przenikania poszczególnych elementów sprawia, że mamy do czynienia z fenomenalną, a zarazem nietuzinkową konstrukcją.

„Falling to Pieces”

W młodym wieku człowiek potrzebuje autorytetów. Wśród moich muzycznych mentorów byli przede wszystkim mój tata oraz Beavis i Butt-head. Jak animowani chłopcy Mike’a Judge’a powiedzieli, że coś jest cool, to najczęściej musiało być cool. Oczywiście, Faith No More było cool. W serialu MTV pojawiło się kilka piosenek zespołu, ale najbardziej utkwiło mi w pamięci „Falling to Pieces” i urokliwe naśladowanie bulgoczącego basu [boing-bo-bo-boing]. Ponadto, do młodzieńczej duszy w okresie burzy i naporu słowa „my life is falling to pieces, somebody put me together” bardzo przemawiają (co ja głupia wiedziałam wtedy o rozpadającym się życiu ;)).


Krótko mówiąc, mam słabość i sentyment do tego kawałka, choć obiektywnie rzecz biorąc, jak na Faith No More jest on dość przeciętny. Zgrabny, chwytliwy, skoczny, i tyle.

„Paths of Glory”

Płyty Faith No More skrywają mnóstwo niesamowitych, mniej popularnych utworów. Jednym z nich jest właśnie „Paths of Glory”. Nieco majestatyczna piosenka, z fajnym szarpanym riffem, muzycznym odpowiednikiem przeciągania liny, piłującą zagrywką w finale i przebogatym wachlarzem wokalnych umiejętności Mike’a Pattona. Jest w tym utworze coś złowieszczego, a zarazem wciągającego, uzależniającego, co sprawia, że chcę się go słuchać again, again, again, again, AAAGAIN, AAAGAIN, AGAIN, again, again, again, AGAIN, AGAIAAAAAN!

„What a Day”

To również mniej znana piosenka Faith No More. Równie kapitalna co „Paths of Glory”, choć zupełnie inna jeśli chodzi o styl, charakter i… wszystko. W tym przypadku mamy do czynienia z bardziej agresywnym, energicznym, bezpośrednim Faith No More. Szybki rytm pasuje mi do treningów bokserów na skakance.

„Just A Man”

Faith No More podnieśli sztukę pisania ballad na inny poziom. Początek mamy zdecydowanie przytulaśny, by dojść do porządnego rockowego kawałka z chórem w tle. Choć Mike Patton uchodzi za jednego z najoryginalniejszych wokalistów w tej piosence brzmi trochę jakby… nie umiał śpiewać. Koncertowy pewniak, co podoba się chłopakom i dziewczynom.

„Ricochet”

Podobno ten kawałek został napisany w dniu śmierci Kurta Cobaina a na setlistach koncertowych tytułowany jest „Nirvana”. Ile w tym prawdy nie wiemy, wiemy natomiast, że to rockowa petarda, znacznie bardziej metalowa niż kawałki Nirvany, choć muszę przyznać, że ma w sobie coś z ducha kapeli ze Seattle.

„Ashes to Ashes”

Kwintesencja stylu Faith No More. Niby to metal, ale taki jakby nie metal. Niby to rockowe granie, ale jakieś takie zupełnie bez wrażliwości punkowej czy aerosmithsowej (uff). Piosenka powstawała, gdy kapela była na skraju rozpadu. Muzykę nagraną przez zespół posłano Pattonowi do Włoch (gdzie wokalista mieszkał z ówczesną żoną Titi Zuccatostą) a ten w dwa dni odesłała taśmę z nagranym wokalem.

„Easy”

Te piosenkę znają wszyscy, nawet ci którzy nie wiedzą, że to piosenka Faith No More. Może dobrze, bo… to nie jest piosenka Faith No More. Kompozycja powstała w 1977 roku i znalazła się na piątym albumie grupy Commodores. Autorem jest Lionel Ritchie (ten od „Hello”). Wersja Faith No More nie różni się bardzo od oryginału. Jest może nieco czystsza i Mike Patton postanowił zrezygnować z drugiej zwrotki. Zarówno w wersji Ritchiego i Faith No More jest to jednak piękna piosenka o potrzebie wolności. Taka znacznie mniej melancholijna i męska wersja „I Will Survive”. Imprezowy pewniak.

Faith No More zagra w Gdyni podczas Festivalu Open’er 5 lipca. Ponieważ kapela jeszcze nie ruszyła w trasę nie wiemy co będą grali w tym roku, ale doskonale wiemy co zagrali w Gdyni równo pięć lat wcześniej (koncert miał miejsce 4 lipca) i podejrzewany, że sporą cześć tych piosenek usłyszymy po raz kolejny:




„Reunited” (Peaches & Herb cover)
„Land of Sunshine”
„Caffeine”
„Evidence”
„Surprise! You’re Dead!”
„Last Cup of Sorrow”
„Cuckoo for Caca”
„Easy” (Commodores cover)
„Ashes to Ashes”
„Midlife Crisis”
„I Started a Joke” (Bee Gees cover)
„The Gentle Art of Making Enemies”
„King for a Day”
„Be Aggressive”
„Epic”
„Just a Man”
Bis:
„Stripsearch” (Chariots of Fire Intro)
„We Care a Lot”
Bis 2:
„This Guy’s in Love With You” (Burt Bacharach cover)
„Digging the Grave”


Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.