10 najlepszych piosenek na Orange Warsaw Festival

Taylor Momsen


Piosenka „Charmer” pochodzi z czasów, gdy Kings Of Leon nie byli jeszcze tacy śliczni, wystrojeni i uwielbiani przez gospodynie domowe. Na etapie płyty „Because of the Times” byli co prawda już wymyci i po wizycie u fryzjera, ale wciąż byli raczej facetami grającymi rocka dla facetów. „Charmer” to taki właśnie męski kawałek.

Lato zapowiada się wspaniale m.in. za sprawą Orange Warsaw Festival. Żebyście byli dobrze przygotowani sporządziliśmy dla Was zestawienie 10 najlepszych piosenek, jakie będzie można usłyszeć podczas czerwcowej imprezy na Stadionie Narodowym.

Queens Of The Stone Age – „Make It wit Chu”

Queens Of The Stone Age to koncertowa bestia. Chemia, interakcja, energia. Josh Homme i spółka mają całe stosy piosenek, które na żywo dostają dodatkowego kopa. Piosenek, które są niczym muzyczne tornada i/lub walce robiące z nas mokrą plamę. „Make It wit Chu” to nieco inne zwierzę. To utwór dla pań. Cudowny, niesłychanie skuteczny flirt Josha z wszystkimi laskami pod sceną i z każdą z osobna. Oryginalnie kawałek nosił tytuł „I Wanna Make It wit Chu” i stanowił duet z PJ Harvey (ach, tylko pozazdrościć) z wydawnictwa „The Desert Sessions Volumes 9 & 10”. Następnie nieco zmieniona kompozycja trafiła na longplay „Era Vulgaris” i znalazła się na 60. miejscu najlepszych piosenek 2007 roku według magazynu „Rolling Stone”. Ciekawą interpretację można było usłyszeć podczas MTV Video Music Awards w tym samu roku. Do Homme’a dołączył jego serdeczny kumpel Dave Grohl oraz Cee Lo Green (frontman Gnarls Barkley nie ma aż takiego seksapilu jak Josh). Najlepsza wersja piosenki zabrzmiała jednak na Open’erze w 2013 roku. Testosteron zawsze obecny w numerach Queens Of The Stone Age podczas „Make It wit Chu” w Gdyni przekroczył dopuszczalne normy i zasłużył na miano najseksowniejszego kawałka we wszechświecie. Nie okłamujmy się, na facetów też zadziałał. Liczę, że na Orange Warsaw Festival będzie podobnie.

Kasabian – „Fire”

Z Kasabian jest podobnie jak Queens Of The Stone Age. Anglicy na scenie wchodzą na wyższy poziom. Tam jest ich miejsce i tam czują się najlepiej. W repertuarze mają potężny arsenał piosenek, które genialnie sprawdzają się w bezpośrednim kontakcie z fanami. Wystarczy wymienić „Club Foot” czy „Vlad The Impaler”. Kto jednak zna mnie choć odrobinę, wie, że jako najlepszą piosenkę Kasabian muszę wybrać – „Fire”. Przez 3 lata numer z płyty „West Ryder Pauper Lunatic Asylum” był jednoznaczny ze sportowymi emocjami. Utwór, a dokładniej jego instrumentalny półtoraminutowy fragment, stanowił bowiem dżingel otwierający transmisje meczów Premier League, czyli zmagania najlepszych piłkarskich drużyn w UK. Spot z „Fire” emitowany były do 200 krajów, tym samym numer dotarł do miliarda kibiców na całym świecie. Szkoda, że kontrakt wygasł z końcem sezonu 2012/2013, bowiem ukochana drużyna bandu, Leicester City, w której gra nasz Marcin Wasilewski, po 10 latach awansowała do Premier League i od sierpnia 2014 roku walczyć będzie w brytyjskiej ekstraklasie.

Wracając jednak do „Fire. – To kawałek o tym, kiedy jesteś na fali, kiedy wszystko się udaje – opowiadał frontman, Tom Meighan. – Wygrywasz w kasynie, możesz zdobyć upragnioną dziewczynę. Nie ma dla Ciebie rzeczy niemożliwych.

Singel zadebiutował na 3. pozycji UK Charts. Za klip do nagrania, który kręcono w Kapsztadzie odpowiada W.I.Z. Stadion Narodowy, który będzie gościć Orange Warsaw Festival 2014 to idealne miejsce dla takiej piłkarskiej piosenki.

Snoop Dogg – „Still”

Według mnie najlepszą piosenką Snoopa jest „Drop It Like It’s Hot”, ale, że już się nią zachwycaliśmy w tekście „9 najlepszych piosenek Pharrella Williamsa”. Wybrałem ulubiony snoopowy numer mojej przyjaciółki. Dokładnie jest to kawałek Dr. Dre, ale przecież wszyscy raperzy to jedna rodzina. „Still D.R.E.” to hiphopowa kwintesencja lat 90. choć singel ukazał się pod koniec dekady – kalifornijski luz i bujanie. Nawet nie widząc klipu, wiadomo, że to numer wprost stworzony do skaczących aut, czyli lowridererów, i dla pań prezentujących bez większych zahamowań swe wdzięki. Oczywiście, w teledysku wyreżyserowanym przez Hype’a Williamsa jest wszystko. Współtwórcą kawałka jest Jay-Z. Choć utwór zadebiutował dopiero na 93. pozycji Billboard Hot 100, ostatecznie rozeszło się 4 miliony kopii krążka.

Miles Kane – „Give Up”

Miles Kane gra bardzo fajne utwory. Bardzo brytyjskie, rytmiczne, zgrabne. Wywodzące się z tego samego genealogicznego drzewa, z którego „wyrośli” Kasabian (czytaj: The Beatles, Oasis, Primal Scream). Wokalista, znany również z The Last Shadow Puppets, z upodobaniem czerpie z lat 60. i 70., nie boi się kwaśnych klimatów i psychodeliczno-pustynnych naleciałości. Jego drugi longplay, „Don’t Forget Who You Are”, nieco mnie rozczarował, ale poprzedzający go utwór „Give Up” to mistrzostwo w kategorii wyspiarskiego grania. Rozszalałe tamburyna, metaliczny riff, chórki. Kapitalny, napakowany energią numer.

– Zależało mi, by przenieść na muzykę pozytywną energię, którą odczuwam przez ostatnie półtora roku – wyjaśnia wokalista. – Na „Give Up” uzyskałem dokładnie to, co chciałem.

Nic dodać, nic ująć.

Lily Allen – „Fuck You”


Lily Allen bardziej lubię za całokształt niż za konkretne artystyczne dokonania. Dla mnie wszystkie jej piosenki brzmią podobnie, raz bardziej lirycznie, kiedy indziej bardziej energiczne, ale podobnie. Jej bezpośredniość, szczerość są jednak ujmujące i przekonujące. W uroczy sposób łączy pastelową, dziewczęcą muzykę z mądrymi, niebanalnymi tekstami, w których nie boi się mówić tego, co myśli. Doskonałym przykładem właśnie „Fuck You”, które według jednych źródeł zostało zainspirowane poczynaniami prawicowej Brytyjskiej Partii Narodowej, inni mówią, iż był to protest przeciwko polityce George’a W. Busha. Coś w tym musi być, bowiem społeczność homoseksualna wybrała sobie „Fuck You” na swój nieformalny hymn. Muzycznie utwór niczym się szczególnie nie wyróżnia, ale ciekawy jestem, jak głośno przekleństwa zabrzmią na Stadionie Narodowym.

Ella Eyre – „Deeper”

„Deeper” to absolutny top 10 najlepszych piosenek 2013 roku. Ella Eyre to młoda dziewczyna, która dopiero zaczyna muzyczną przygodę. Sukcesów już trochę jednak ma. Nagrała przebój z Rudimental („Waiting All Night”) i znalazła się wśród nominowanych do plebiscytu BBC Sound of 2014 (zajęła 2. miejsce za Samem Smithem). „Deeper” to już jej solowe dzieło, które zwiastuje co najmniej obiecującą karierę. Angielka ma – ulubione słowo Marysi Sadowskiej – feeling, świetny, głęboki, zachrypnięty głos, pięknie łączy soulowe harmonie z hiphopowymi rytmami i śpiewa o tym, co przeżywają wszystkie dziewczyny i kobiety. Poza tym, Ella była już w Warszawie i chyba podobało jej się w środkach komunikacji miejskiej, bo strzelała sobie fotki, więc pewnie się ucieszy, że znów odwiedzi naszą stolicę przy okazji Orange Warsaw Festival 2014. A wiadomo, że szczęśliwy artysta, to dobry artysta.

Kings Of Leon – „Charmer”

Kings Of Leon mają koncertowego pewniaka w zestawie. Oczywiście chodzi o „Sex on Fire”. Nawet jeśli podczas show panowie mają, brzydko mówiąc, wyjebane i po prostu odrabiają pańszczyznę, tabuny fanek sprawiają, że przez chwilę czujemy się jak na najlepszym koncercie na świecie. Nie wątpię, że i tak będzie na Orange Warsaw Festival, ale ja bardziej chciałabym usłyszeć na Stadionie Narodowym numer „Charmer”. Piosenka pochodzi z czasów, gdy Amerykanie nie byli jeszcze tacy śliczni, wystrojeni i uwielbiani przez gospodynie domowe. Na etapie płyty „Because of the Times” byli co prawda już wymyci i po wizycie u fryzjera, ale wciąż byli raczej facetami grającymi rocka dla facetów. „Charmer” to taki właśnie męski kawałek. Brudny, z garażowym brzmieniem, niekoniecznie melodyjny czy przebojowy, a w zasadzie nawet w pewien sposób odpychający. Motywem przewodnim jest bowiem skrzek Caleba Followilla, nienaturalny, piskliwy dźwięk, który z siebie regularnie wydaje. Jest jednak w tej piosence coś intrygującego i nie ukrywam, że chętnie się przekonam na własne uszy, czy frontman potrafi powtórzyć takie wokalne sztuczki na żywo.

The Pretty Reckless – „Going To Hell”

Skoro było coś dla pań (Joooooooosh), to musi być też coś dla panów. Taylor Momsen jako Jenny Humphrey w serialu „Plotkara” była raczej wkurzająca, ale jako rockmanka i frontmanka kapeli sprawdza się znakomicie. Jeśli istniałyby jeszcze gazety z plakatami, niejeden nastolatek (czy chociażby nasz już nienastoletni recenzent płyty „Going to Hell” The Pretty Reckless miałby jej wizerunek nad łóżkiem (swoją drogą, poważne pytanie: Czy dzieciaki nie wieszają już plakatów w pokojach?). Laska, poza biodrami, ma wszystko. Jest zadziorna, ma fajny, drapieżny głos i widać, że oddycha rock and rollem. Tak, ładna i seksowna też jest. Tytułowy numer z drugiej płyty The Pretty Reckless to rasowa rockowa piosenka. Mocna, wyrazista, z dobrym, wpadającym w ucho refrenem. Z soczystym riffem, fajnym tąpnięciem i zupełnie nieprzeszkadzającą balladową wstawką. W nieoczywisty sposób piosenka przypomina mi dokonania Stone Temple Pilots, ale to raczej luźne skojarzenie. Najważniejsze, że kiedy Momsen śpiewa, że pójdzie do piekła, nikt nie ma wątpliwości, że tak właśnie się stanie.

Florence and the Machine – „Drumming Song”

Kapitalny, „oddychający”, rytmiczny kawałek, o którym więcej można przeczytać w naszym tekście „3 najlepsze piosenki Florence and the Machine”.

Limp Bizkit – „Take a Look Around”

W roku 2014 trochę wstyd przyznawać się do słuchania Limp Bizkit. Numetalowa kapela stała się niemal uosobieniem obciachu. Grają po Juwenaliach, podpisali kontrakt z wytwórnią Lil Wayne’a, ale przede wszystkim panowie stanęli w miejscu i wciąż żyją w latach 90., a jak zorientują się, że jest XXI wiek, jest jeszcze gorzej. Ale… Po pierwsze mają w składzie Wesa Borlanda, a ten łapę do riffów ma jak mało kto. Prawdziwy rzeźnik, który potrafi wykroić najsmakowitsze gitarowe mięsko. Po drugie, jak tylko będzie im się trochę chciało, zagrają najlepszy koncert Orange Warsaw Festival (jedynym realnym rywalem są Queens of the Stone Age). Oczywiście, o ile w waszym rozumieniu najlepszy koncert to taki, po którym jesteście poobijani, obolali, z wyraźnymi śladami cudzych łokci na swoich żebrach, wycieńczeni skakaniem i straciliście głos od wydzierania gęby. Wiem, że powinnam wybrać „Rollin'”, „My Way”, a najlepiej „Nookie” czy „Counterfeit”, ale lubię „Take a Look Around”. Lubię falującą dramaturgię tego kawałka i jak kapitalnie sprawdza się ona na żywo. Lubię skakać do tej piosenki i to, jak wchodzi TA gitara. No i lubię „Mission: Impossible” – wszystkie części.




Podczas Orange Warsaw Festival 2014 wystąpią m.in. Bring Me The Horizon, Chase and Status, David Guetta, Ella Eyre, Florence And The Machine, Kasabian, Kings Of Leon, Lily Allen, Limp Bizkit, Martin Garrix, Outkast, Queens Of The Stone Age, Rita Ora, Snoop Dogg, The Kooks, The Pretty Reckless, The Prodigy, The Wombats. Impreza na Stadionie Narodowym w Warszawie odbędzie się w dniach 13-15 czerwca.


Komentarze

Wojciech Duś

Wojtek Duś widział więcej koncertów niż zjadł kotletów, a kotlety lubi. Lubi też hip-hop, elektronikę i rock alternatywny. Pracował w korporacjach, ale niezbyt długo. Ulubiona wokalistka: Janelle Monáe. Ulubiony raper: Kendrick Lamar.