13 najlepszych piosenek Black Sabbath

Black Sabbath fot. Archiwum Zespołu||NajlepszePiosenki.pl

Album „13 ” to czyste, nieskazitelne, dostojne Black Sabbath ze wszystkimi możliwymi atrybutami. Środkowy palec pokazany tym, którzy myśleli, że to już nic niewarte dinozaury.

Nie będę oryginalna. Black Sabbath to najważniejsza metalowa kapela. To oni wymyślili ten gatunek i zainspirowali (bezpośrednio lub pośrednio) każdego, kto choć przez chwilę marzył, by grać ciężko i mocno. Nie jest to moja indywidualna opinia, podziela ją Rob Zombie („zaczęli wszystko i niemal każda rzecz, którą ludzie próbują dziś grać była już zrobiona przez Black Sabbath”) czy członkowie Lamb of God („kto gra metal i twierdzi, że Black Sabbath go nie inspirowało, kłamie”), podzielał również świętej pamięci Peter Steele z Type O’ Negative („Sabbath byli bezpośrednio odpowiedzialni za cały metal, hardcore, thrash i muzykę gotycką”).



Muzyka Black Sabbath to ciężar, majestat, monumentalność, niskie, grobowe brzmienie, „przejażdżka” walcem, mroczna tematyka i siarczyste, grząskie riffy.

W kwestii Black Sabbath jestem ortodoksem i uznaję tylko albumy z Ozzym (nie umniejszając talentu i zasług Ronniego Jamesa Dio), stąd 13 najlepszych piosenek Black Sabbath z Ozzym.

„Black Sabbath”

Lat temu całkiem sporo, zażyczyłam sobie pod choinkę płytę „Nativity in Black” (czyli album-hołd dla Black Sabbath). Znałam całkiem dobrze muzykę Black Sabbath, acz nie ich debiutancki longplay (powód: W Częstochowie nie można go było kupić ani na CD, ani na kasecie). Utwór „Black Sabbath” usłyszałam więc najpierw w wersji Type O Negative i byłam… oczarowana. Mrok, mrok i jeszcze raz mrok. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że oryginał jest jeszcze cięższy i bardziej horrorowy, a jednocześnie bardziej soczysty. Mniej gotycki, nie tak „wystylizowany”, za to autentycznie przerażający.

Jeśli wierzyć muzykom, inspiracją dla piosenki było niecodzienne wydarzenie. Basista, Geezer Butler, pomalował kiedyś swój pokój na czarno, umieścił w nim odwrócone krzyże i symbole szatana. Na półce obok łóżka postawił książkę o czarnej magii, którą dostał od Ozzy’ego Osbourne’a. Pewnej nocy obudził się i zobaczył czarną postać stojącą na skraju łóżka, a kiedy sięgnął po książkę… już jej nie było.

„N.I.B”

Z „N.I.B” jest ta sama historia co z „Black Sabbath”, najpierw cover, potem oryginał. Nie muszę mówić, że wersja Ugly Kid Joe ma się tak do Black Sabbath jak kleik do steku. W tej piosence podoba mi się bardzo brzmienie gitary. Jeszcze nieco bluesowe, przybrudzone, przypominające to, co robił Eric Clapton w Cream. Generalnie numer jeszcze w stylu lat 60. Z dzisiejszej perspektywy tamburyno w metalowym kawałku może się wydawać dziwne, ale tam pasuje i niczego nie psuje.

Akronim „N.I.B.” był rozmaicie interpretowany. Najpopularniejsze wersje to Nativity in Black i Name In Blood. Po latach Butler przyznał, że „N.I.B.” odnosiło się do ówczesnej koziej bródki perkusisty, Billa Warda przypominającej… stalówkę, czyli po angielsku nib.

„War Pigs”

Pisałam już przy okazji Soundgarden (9 najlepszych piosenek soundgarden z płyty „Superunknown”), że piosenki otwierające płyty są cholernie ważne. Mogę tylko sobie wyobrazić, co czuli fani we wrześniu 1970 roku, gdy włączyli album „Paranoid” i po kilku trzaskach (w końcu to era winyli) usłyszeli coś tak ciężkiego, zwalistego, głębokiego, nawiedzonego jak wstęp do „War Pigs”. Dla adeptów doom metalu to zapewne rodzaj elementarza, wiedzy podstawowej, muzycznego abecadła. Wspaniały, basowy numer i kosmicznie pokręcona kompozycja.

Wbrew powszechnej opinii, tematem piosenki nie jest polityka, lecz zło. Wers „generals gathered in the masses”, służył Ozzy’emu wyłącznie jako porównanie.

„Paranoid”

Co tu dużo mówić. Klasyka. Nie tylko metalu, rocka, ale w ogóle muzyki. – Był jak utwór punkowy na wiele lat przed wynalezieniem punka – mówił o „Paranoid” Ozzy Osbourne w autobiografii. Ciężko się z nim sprzeczać. Szybka, bezpośrednia, gniewna piosenka. Wyciąć gitarowe solo, dać więcej wrzasków zamiast śpiewu i mamy punkowy hit.

„Iron Man”

Kolejna, niepodważalna pozycja w kanonie gitarowego grania. Siła i prostota. Na dodatek koncertowy wymiatacz. Tytuł absolutnie oddaje charakter piosenki, zresztą w ten sposób powstał. Kiedy Ozzy usłyszał riff powiedział, że brzmi jak „wielki, kroczący koleś” (pierwotnie numer funkcjonował jako „Iron Bloke”).

„After Forever”

„After Forever” to świetny przykład na to, że Black Sabbath inspirowali nie tylko bardziej i mniej klasycznych metalowców czy rockmanów, ale także kapele z punkowej sceny. Na wspomnianym już zestawie „Nativity in Black” kawałek wykonuje Biohazard i ich wersja, choć z wyraźnymi śladami Black Sabbath, idealnie wpasowuję się w hardcore’ową estetykę. Kto myślał, że przy Sabbath nie da się skakać, jest w błędzie.

„Into the Void”

Może to trochę naciągana teoria, ale z kolei w „Into the Void” słychać coś, co przyczyniło się do powstania grunge’u. Jest w tej piosence brzmienie, którego echa słychać później w dokonaniach Soundgarden czy Alice in Chains.

„Supernaut”

Jak każdy muzyczny nerd robię sobie w głowie rozmaite rankingi, totalnie na własny użytek. Jednym z nich jest „Najlepsze riffy”. Pierwsze miejsce bezapelacyjnie i nieodwołalnie zajmuje Dimebag i jego popis w „I’m Broken” Pantery, drugie właśnie Tony Iommi i ta jazda w „Supernaut”. Jako dzieciak zapętlałam sobie ów chłoszczący motyw (znaczy przegrywałam z kasety na kasetę owe kilkanaście sekund) i słuchałam godzinami. Idę o zakład, że James Hetfield się posikał, kiedy pierwszy raz usłyszał ten utwór.

„Sabbath Bloody Sabbath”

„Sabbath Bloody Sabbath” to chyba moja ulubiona płyta Black Sabbath. Może dlatego, że była to pierwsza, której posłuchałam w całości. Tata miał w swojej szufladzie kilka kaset zespołu i nie wiem czemu, ale sięgnęłam właśnie po tę. Gdy tylko wrócił z pracy, ochrzaniłam go, że nie powiedział mi wcześniej, że Black Sabbath to taki genialny zespół (oczywiście mówił, nie raz, ale nie słuchałam). Byłam tak zachwycona, że z kieszonkowego, pozbawiając się draży kokosowych i plakatów (tak, kiedyś można było w sklepach kupować plakaty) oraz trochę podkradając od rodziców, szybko uzbierałam na wersję CD, które do dziś dumnie stoi na półce.

Numer tytułowy po prostu uwielbiam. Jest w nim niesamowita dramaturgia, emocje i ta zaskakująca muzyczna sinusoida. Kompozycyjnie pełen wypas. Z tego jednego utworu, spokojnie można by wykroić co najmniej trzy świetne piosenki.

„A National Acrobat”

Znów będzie anegdota. Jak całe mnóstwo dzieciaków w latach 90. angielskiego uczyłam się w szkole, z MTV oraz z tekstów piosnek. Do tej pory pamiętam kilka słówek, które poznałam dzięki konkretnym wykonawcom. W przypadku Black Sabbath był to czasownik „począć” – „conceive”, który odkryłam za sprawą wersu „the unborn child that never was conceived” w „A National Acrobat”. Szczerze polecam teksty Black Sabbath do nauki, bo słownictwo bywa naprawdę imponujące. „A National Acrobat” to poza tym świetny numer, nieco kąśliwy, z kapitalnie, przestrzennie brzmiącymi gitarami.

„Hole in the Sky”

W tej piosence mamy coś, co bardzo lubię – gitarowe biczowanie. Mocne, regularne chłostanie. Gdyby ktoś się zastanawiał, skąd czerpie Deftones, tutaj jest odpowiedź.

„Megalomania”

Black Sabbath poza ciężkimi, mocnymi patentami, znakomicie radzili sobie z delikatnym graniem. Było psychodeliczne „Planet Caravan”, balladowe „Changes” i początek „Megalomanii”. Dziwny, niepokojąco zwiewny, stopniowo rozrastający się i nabierający siły fragment. Cały utwór to przykład rozbudowanych, suitowych, wielowątkowych kompozycji z lat 70. Pełna niespodzianek przygoda trwająca blisko 10 minut.

„Live Forever”

Mało rzeczy ostatnio zaskoczyło mnie tak pozytywnie jak nowa płyta Black Sabbath. Spodziewałam się raczej czegoś żenującego, a w najlepszym wypadku rozczarowującego, tymczasem „13” to czyste, nieskazitelne, dostojne Black Sabbath ze wszystkimi możliwymi atrybutami. Środkowy palec pokazany tym, którzy myśleli, że to już nic niewarte dinozaury. „Live Forever” to jeden z wielu przykładów doskonałego Black Sabbath a.d. 2013. Trochę walca, „iron bloke’a”, ale i motorycznego choć niezmiennie ciężkiego grania. Świeżutki, soczysty, krwisty stek.

Black Sabbath będzie gwiazdą Impact Festival i zagra 11 czerwca w łódzkiej Arenie.

Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.