13 najlepszych piosenek Editors

Editors fot. Rahi Rezvani/NajlepszePiosenki.pl

Od czasów debiutu, Editors muszą walczyć ze stereotypem „kolejnego zespołu, który brzmi jak klon Joy Division”, podobnie jak White Lies czy The Horrors. Walczą zawzięcie, bo już kilka razy radykalnie zmieniali estetykę, a ostatni krążek „In Dream” to właściwie rewolucja. Editors bywają w Polsce regularnie, ale nie łudźcie się, że to będzie powtórka z rozrywki. Przed koncertami w Warszawie (10 grudnia) i Poznaniu (11 grudnia) podpowiadamy, na które kawałki warto zwrócić uwagę.

„Life Is A Fear”

Słuchaczy przyzwyczajonych do gitarowego oblicza Editors, pierwszy odsłuch „In Dream” mógł przyprawić o traumę. Owszem, w 2009 roku na „In This Light And On This Evening” eksperymentowali z inspiracjami new wave, ale nie w takim stopniu. Singel „Life Is A Fear” jest papierkiem lakmusowym nowego stylu Editors – tanecznego, pulsującego od elektroniki i hipnotycznego – co nie oznacza, że gorszego. W dużym stopniu odzwierciedla obecne preferencje muzyczne i inspiracje grupy.

Nie przesadzajcie, nie słuchamy bez przerwy Joy Division – zarzekał się (po raz nie wiem, który) wokalista Editors, Tom Smith. – Przede wszystkim byli to wykonawcy labelu Erased Tapes, czyli Nils Frahm i Michael Price, ale sięgaliśmy także po mroczniejsze kompozycje Jona Hopkinsa. A dla równowagi w tle puszczaliśmy Chvrches i The Weeknd.



„Salvation”

Nie każdy to wie, ale w krajach Beneluksu Editors są równie popularni jak Coldplay czy Franz Ferdinand. Dlatego grupa entuzjastów piwa z Belgii wyprodukowała linię trunku dedykowaną brytyjskiej kapeli. Piwo nazywa się „Salvation” (jak jedna z piosenek z „In Dream”) – to porter aromatyzowany herbatą Earl Grey. Piwo można kupić na wybranych koncertach.

„No Harm”

„In Dream” jest pierwszym projektem Editors, któremu towarzyszy zamknięty koncept wizualny. Dotychczas Brytyjczycy nie poświęcali zbytniej uwagi teledyskom. Tym razem skorzystali z usług Rahiego Rezvaniego – znanego fotografa irańskiego pochodzenia, który współpracuje z domem mody Versace oraz Moooi – obecnie najbardziej rozchwytywaną marką w świecie designu. Rezvani zadbał o wszystko – teledyski, sesję zdjęciową, okładkę płyty, a nawet oświetlenie trasy koncertowej. Efekt jest imponujący – monochromatyczne teledyski doskonale oddają klimat „In Dream”.

„Eat Raw Meat = Blood Drool”

Editors widziałam na żywo już kilka razy i zawsze kawałek „Eat Raw Meat = Blood Drool” robi na mnie piorunujące, choć osobliwe wrażenie. Zamiast ściany riffów usłyszymy kraftwerkowe beaty i kuriozalny tekst inspirowany twórczością Banksy’ego. Dziwna atmosfera udziela się też Tomowi Smithowi, który podczas tego numeru często popisuje się umiejętnościami akrobatycznymi na pianinie.

„Papillon”

W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć numeru „Papillon”, który w 2009 roku zdemolował listy przebojów. Co stało za tanecznymi beatami hitu? Główna inspiracja to kino science fiction, przede wszystkim „Terminator” i „Łowca androidów”.

Już na wczesnym etapie nagrań dużo rozmawialiśmy o tych filmach, bo chcieliśmy uzyskać podobny klimat – mówił w 2009 roku były gitarzysta Editors Chris Urbanowicz. – Często dyskutowaliśmy o tym, że elektronika ma klinicznie czyste brzmienie. Brakuje jej warstwy emocjonalnej i zdaje się, jakby grały ją maszyny, a nie ludzie. Pragnęliśmy, by nasz album nie stracił wartości emocjonalnej, mimo że chcieliśmy całkowicie zatracić się w elektronice.

„You Don’t Know Love”

Czas na wątek patriotyczny. Nie każdy wie, że teledysk do tego numeru powstał we wnętrzach krakowskiej Alchemii. Za to raczej każdy wie, że bliskie, bo rodzinne związki z Polską ma Chris Urbanowicz, były gitarzysta Editors. To on odpowiadał za większość aranżacji, dlatego jego odejście w 2012 roku w środku nagrań do krążka „The Weight Of Your Love” potężnie odbiło się na kondycji zespołu i omal nie doprowadziło do jego rozpadu.

„A Ton of Love”

Lukę po Urbanowiczu musiało wypełnić dwóch muzyków (Justin Lockey i Elliott Williams). Nowemu składowi Editors udało się dokończyć album „The Weight of Your Love”, ale jest to ich najsłabsze dzieło – dość miałkie w formie. Powstało w Nashville, podczas sesji w studio mroczne syntezatory zastąpiły brzmienia rodem z płyt Bruce’a Springsteena.

„Sugar”

Kompozycyjnie krążek „The Weight of Your Love” niedomagał, więc główną siłą rażenia musiał być wokal Toma Smitha. Na szczęście Anglik ma czym się popisać. Dziennik „Daily Mail” zlecił rok temu badanie, które miało sprawdzić, który współczesny brytyjski muzyk ma największe możliwości wokalne. Nie, nie wygrał Matt Bellamy, a właśnie Tom Smith (naliczono mu 4.75 oktawy, co jest ponoć nieosiągalne dla normalnego człowieka) i o pół oktawy wyprzedził drugiego w zestawieniu Bruce’a Dickinsona z Iron Maiden.

„Smokers Outside The Hospital Doors”

Trochę trudno nie być rozczarowanym gitarami na „The Weight of Your Love”, gdy przypomnimy sobie to. Wydany w 2007 roku album Editors „An End Has a Start” to istna ściana przestrzennych riffów. Producentem płyty był sam Jacknife Lee, którego misją było stworzenie przystępniejszego, stadionowego oblicza smutasów z Editors. Zarzucano, że brzmieli niekiedy jak Coldplay na xanaksie. „Smokers…” grali za to na takim poziomie decybeli, że kiedyś podczas koncertu w Niemczech do klubu wtargnął uzbrojony oddział policji, by ich uciszyć.

„Racing Rats”

Polecam poszukać wykonania tej piosenki podczas koncertu BBC Electric Proms, który Editors nagrali w 2007 roku. W wersji orkiestrowej brzmi wyśmienicie, a to dodatkowy rarytas, gdyż w serii BBC Proms dość rzadko pojawiają się rockowe kapele.

Moim zdaniem „Racing Rats” dysponuje też jednym z najciekawszych tekstów w całej dyskografii Editors – dominuje tu niepokój i wizja upadku cywilizacji, przewijająca się przez cały krążek „An End Has A start”. Niestety, pojawiają się tu wersy o spadających samolotach, więc może lepiej, żeby Anglicy nie grali tego kawałka w Polsce…

„No Sound But The Wind”

Pierwotnie piosenka „No Sound But The Wind” nie powstała z myślą o ścieżce dźwiękowej filmu „Zmierzch: Księżyc w nowiu”. Tom Smith zadedykował ją synowi po lekturze powieści „Droga” Cormaca McCarthy’ego, która opowiada o ojcu i synu walczących o przeżycie w dystopijnej rzeczywistości. Na potrzeby wersji do „Zmierzchu” zmieniono kilka wersów w tekście. Wielu słuchaczy uznało to za zaprzedanie diabłu.

Owszem, ten film nie jest dedykowany ludziom w naszym wieku, ale spójrzcie na listę zespołów obok nas – mówił Tom Smith w wywiadzie dla Gigwise. – Nie sprzedajemy się, nie umieściliśmy tej piosenki w reklamie. Dzięki niej uczestniczymy w czymś większym – w zespołowym projekcie. I to nam się podoba.

Dodamy tylko, że na ścieżce dźwiękowej do „Księżyca w nowiu” zagrali również: Muse, Lykke Li, The Killers, Bon Iver i St. Vincent.

„Munich”

Tak jak nie mogło zabraknąć „Papillon”, tak nie mogło zabraknąć też „Munich” – głównego singla z debiutanckiego krążka Editorsów „The Back Room”. Album przyniósł im nominację do prestiżowego Mercury Prize i miejsce w czołówce formacji tzw. nurtu post-punk-revival obok Franz Ferdinand czy Bloc Party.

„Lights”

Zestawienie kończymy numerem „Lights”, który otwiera studyjną dyskografię Editors. Już od pierwszych dźwięków słyszymy znajomo brzmiące, brudne riffy i piekielnie głęboki wokal, nawiązujący do legendy Curtisa. Z jednej strony słuchacze się zachwycali, a z drugiej krytykowali za bezwstydne kopiowanie oczywistości. Na koniec zacytujemy więc Oscara Wilde’a za Drowned in Sound: „talenty pożyczają, geniusze kradną”.

Editors
Wykonawcy: Editors | Public Service Broadcasting
Miejsce: Warszawa, Progresja
Data: 10 grudnia 2015
Początek: 19:00
Organizator: Go Ahead

Editors
Wykonawcy: Editors | Public Service Broadcasting
Miejsce: Poznań, Hala nr 2 MTP
Data: 11 grudnia 2015
Początek: 18:30
Organizator: Go Ahead

Komentarze

Anita Ceglińska

Marzyła o siatkówce, a skończyło się na popkulturze. W ciągu dnia bada pokolenie Y, po godzinach recenzuje premiery filmowe i muzyczne. Choć spędza długie godziny na Tumblrze i konwentach, za nic nie przyzna się do bycia geekiem i obsesji na punkcie BBC i "Hannibala". Nie umie żyć bez koncertów. Jak każdy padawan Jacka White'a trzyma na parapecie dziesiątki płyt - powodów do dumy i wyrzutów sumienia. Kiedyś rzuci wszystko i wyjedzie na Islandię.