15 najlepszych piosenek Orange Warsaw Festival 2015

Adele na Orange Warsaw Festival 2015 fot. XL Recordings/NajlepszePiosenki.pl

Orange Warsaw Festival 2015 odbędzie się 12-14 czerwca, tym razem na Torze Wyścigów Konnych Służewiec, za co organizatorom należą się wielkie brawa, bo nagłośnienie na Stadionie Narodowym wołało o pomstę do nieba. Nie minie kilka tygodni, a usłyszymy nazwy pierwszych wykonawców. My stworzyliśmy naszą listę marzeń Orange Warsaw Festival 2015.

Zadanie postawiliśmy przed sobą trudne. Po pierwsze staraliśmy się wybrać takich wykonawców, którzy przyciągną sporą liczbę widzów. Po drugie staraliśmy się – podobnie jak organizatorzy imprezy – by byli to wykonawcy reprezentujący różne gatunki. Po trzecie wreszcie – i tutaj mieliśmy największe problemy – zdecydowaliśmy się na artystów, którzy nigdy nie grali w Polsce (a przynajmniej tak nam się wydaje). Po czwarte wreszcie – to nam poszło łatwo – kierowaliśmy się własnym gustem

Foo Fighters – „How I Miss You”

Mówiliśmy, że jeszcze będzie okazja pisać o Foo Fighters i teraz cieszymy się, że nie wyczerpaliśmy materiału przy okazji „11 najlepszych piosenek Foo Fighters”;)



Miejsce Dave’a Grohla i jego ekipy w tym zestawieniu jest ciut naciągane, bowiem Foo Fighters gościli już w Polsce. Młodzieży, nie przecierajcie oczu ze zdziwienia. Był rok… 1996. Zespół wystąpił w Sopocie na festiwalu Marlboro Rock. Było to po wydaniu debiutanckiej płyty zespołu i wtedy większe znaczenie miało, że przyjeżdża perkusista Nirvany a nie Foo Fighters. Niemniej, należy odnotować, iż szczęśliwcy mieli okazję zobaczyć już w naszym kraju Grohla na żywo. Repertuar mieli skromny. Według serwisu Setlist.fm, wykonali wówczas 15 utworów, w tym trzy covery. Znalazło się w zestawie miejsce na rarytas „How I Miss You”. Numer, który ukazał się na specjalnej edycji albumu „Foo Fighters” oraz singlach „Winnebago”, „I’ll Stick Around” i „Big Me”. Producentem był Barrett Jones i Grohl. Na basie zagrała podobno siostra Grohla Lisa, a na perkusji Mike Nelson. Piosenka jest dość typowym grohlowym numerem z tamtych czasów, z delikatnym wstępem i pełnym pasji, rockowym rozwinięciem. Poniżej kiepskiej jakości nagranie, ale dowodzące, że Foo Fighters naprawdę byli w Polsce.

Incubus – „Anna Molly”

Incubus od trzech lat nie wydali płyty, więc może najwyższa pora. Także, by z tym potencjalnym, premierowym materiałem odwiedzić Polskę. Wiem, że to kapela ciut przebrzmiała, ale to samo można było powiedzieć o Limb Bizkit, a podczas tegorocznego Orange Warsaw Festival zmiażdżyli konkurencję. Poza tym, Incubus ma w swym repertuarze tyle kapitalnych, iście koncertowych numerów, że wątpię, by rozczarowali kogokolwiek, kto lubi gitarowe granie. Zastanawiałam się czy postawić na numer „Megalomaniac” czy na „Anna Molly”. Pierwsza z piosenek ma większy power i siłę rażenia (również dobry tekst), ale druga poza solidnym kopem pokazuje też szersze spektrum muzycznych umiejętności Kalifornijczyków.

„Anna Molly” to kawałek, gdzie poza całkiem porządnym, rockowym łojeniem, mamy tę wspaniałą harmonię, z której Incubus słynie. Pięknie jest to też zaaranżowane i wyprodukowane, z miejscem na delikatne smaczki, subtelne dźwiękowe ozdobniki, które jednak w najmniejszy stopniu nie ujmują nagraniu mocy. Te „pajęczakowe” motywy to zasługa użycia instrumentu Marxophone, będącego rodzajem cytry. Pełnego emocji wokalu Brandona Boyda chyba nie muszę zachwalać.

Tytuł to zabawa słowem „anomaly” (anomalia).

W klipie, który powstał w Wilmington, w Kalifornii, pojawia się ciało kobiety znalezione w parku (gra ją Sasha Wexler). Teledysk nawiązuje do jednego z odcinków serialu „Alfred Hitchcock Przedstawia”, „Breakdown”.

Eminem – „Lose Yourself”

Jakimś cudem, Eminem dotąd nie wystąpił w Polsce. A powinien. Po kilku burzliwych latach, Slim wydaje się być w formie, tak muzycznej, mentalnej jak i zdrowotnej, więc tym bardziej mógłby odwiedzić Orange Warsaw Festival 2015.

W moim sercu gra gitara, stąd wybór jednego z bardziej rockowych, mocnych, surowych i mrocznych kawałków rapera (ze zgrabnym, charakterystycznym motywem na pianinie). Numer, tekstem nawiązuje do filmu „8. mila”, w którym był wykorzystany i w którym występował muzyk z Detroit. W obrazie z 2002 roku, zainspirowanym życiem Eminema, piosenkę napisał grany przez niego główny bohater, Rabbit.

To jeden z największych przebojów Eminema, który dotarł na szczyt list przebojów w 24. krajach. Był to też pierwszy numer 1 artysty w USA. Singel w Stanach przekroczył nakład 6 milionów. Nie wspominając o tym, że Eminem otrzymał za piosenkę Oscara, pokonując m.in. U2 i ich „The Hands That Built America”. Był to też pierwszy przypadek, kiedy nominację otrzymał hiphopowy utwór.

Jednym z reżyserów klipu, który ukazuje rodzinne miasto Eminema był on sam.

Frank Ocean – „Pyramids”

Frank Ocean miał przyjechać do Polski jeszcze przed wydaniem debiutanckiego albumu jako support Coldplay. Amerykanin w ostatniej chwili zrezygnował z trasy a w międzyczasie stał się wielką gwiazdą. Jego debiutancka płyta „Channel Orange” znalazła się na szczycie wielu zestawień za 2012, żeby wymienić tylko „Billboard”, „Chicago Sun-Times”, „Chicago Tribune”, „Consequence of Sound”, „Entertainment Weekly”, „The Guardian”, „Los Angeles Times”, „Spin” czy „The Washington Post”.

„Pyramids” to małe arcydzieło. Utwór trwa 10 minut, ale ani na sekundę nie ma w nim nudy. Wszystko tu układa się w niesamowitą całość. Po kilku przesłuchaniach nie można się uwolnić od tej kompozycji. Jest w niej nieprawdopodobny ładunek emocjonalny.

Pharrell Williams – „Happy”

Pharrell Williams był całkiem blisko. Dosłownie na kilka dni przed jego koncertem tego lata okazało się jednak, że impreza się nie odbędzie. Amerykański muzyka ma ostatnio świetny okres. Udziela się na płytach wielu wykonawców i za każdym razem jest to dotyk magiczny. Sam też nagrał całkiem niezła płytę kilka miesięcy temu. My prezentujemy kompozycję „Happy”, bo to absolutny fenomen. Nie chodzi tylko o tę dawkę radości i 24-godzinny teledysk. Nikt jeszcze nigdy nie sprawił, że cały świat nakręcił tyle teledysków do jednej piosenki. Dla ciekawskich pod tym adresem można znaleźć mapę świata z wszystkimi klipami a dla jeszcze bardziej ciekawskich polecamy „9 najlepszych piosenek Pharrella Williamsa”. Gdyby Pharrell Williams przyjechał na Orange Warsaw Festival 2015 po to tylko żeby zagrać „Happy” i tak zebrałby sporą publiczność.

Paolo Nutini – „Let Me Down Easy”

„Iron Sky” to jedna z piękniejszych i bardziej poruszających piosenek ostatnich lat. Pisaliśmy jednak o niej przy okazji recenzji płyty „Caustic Love” (http://najlepszepiosenki.pl/recenzja-paolo-nutini-caustic-love/), dlatego proponujemy „Let Me Down Easy”. Numer, którym Szkot mógłby nabrać wielu, że to jakaś zaginiona perełka z wytwórni Motown. Fantastyczna, organiczna sekcja dęta, tęskne chórki, cudowna harmonia i dramaturgia. Nie aż tak przejmująca jak „Iron Sky”, bardziej melancholijna, jesienna, ale i tak fenomenalna.

Eddie Vedder – „Dream a Little Dream”

Pearl Jam to Pearl Jam, a Eddie Vedder to… co innego. Zespół ze Seattle już kilka razy nas odwiedził, ale sam wokalista choć od pewnego czasu regularnie koncertuje, jakoś do nas nie dotarł. A znając frontmana, na pewno zaproponowałby coś niezwykłego. Występując solo Vedder bynajmniej nie odcina się od macierzystej kapeli i chętnie sięga po repertuar Pearl Jam. Poza tym śpiewa też rozmaite covery, niektóre znane są np. z jego solowego wydawnictwa „Ukulele Songs”. Perełką w tym zestawie bezapelacyjnie było w zasadzie melorecytowane „Dream a Little Dream”. Jedna z najwspanialszych kołysanek, jakie można sobie wyobrazić. Uwielbiam oczywiście wersję The Mamas & the Papas, ale baryton Eddiego ma magiczną moc.

Numer powstał około 1931 roku. Za muzykę odpowiadali Fabian Andre i Wilbur Schwandt, a za słowa Gus Kahn. Jako pierwszy nagrał utwór Ozzie Nelson z orkiestrą, a dwa dni później Wayne King i jego orkiestra z Erniem Birchillem na wokalu. Dziś istnieje ponad 60 interpretacji.

Iggy Azalea – „Black Widow”

Pewnie powinnam zamieścić tu „Booty” z Jennifer Lopez, bo teledysk na pewno podniósłby oglądalność, ale lubię Michaela Madsena, a ten występuje w klipie do „Black Widow”. Trzeba przyznać, że australijska raperka kręci fajne teledyski nawiązujące do filmów. W „Fancy” przerobiła komedię „Słodkie zmartwienia”. Wideo do „Black Widow” stanowi z kolei wariację na temat obrazu „Kill Bill”. W teledysku raperka wciela się w postać, którą w dziele Quentina Tarantino sportretowała Uma Thurman. Nie do końca (aktorsko, wokalnie) przekonuje mnie Rita Ora, ale trudno.

Numer ma lekko feministyczne zabarwienie. Jego autorami są Azalea, Katy Perry, Sarah Hudson, Benny Blanco i duet Stargate, który odpowiadał też za produkcję kawałka. Pierwotnie piosenkę nagrała Perry z myślą o albumie „Prism”, ostatecznie nie trafił on na zestaw, a demo trafiło do Iggy, która ochoczo uwzględniła piosenkę na płycie „The New Classic”.

Brody Dalle – „Don’t Mess With Me”

Skoro na Orange Warsaw Festival był Josh Homme, to teraz pora na panią Homme, tym bardziej, że ma Brody Dalle niewielką konkurencje na polu rasowych rockmanek. Muzyka matki dzieci lidera Queens of the Stone Age może nie poraża oryginalnością, ale to szczere, autentyczne gitarowe granie o garażowym zabarwieniu. Poza tym, dziewczyny z chrypką są fajne.

„Don’t Mess With Me” to niezły, zadziorny, energiczny, przebojowy numer, z przyjemnym basem i hałaśliwością, która nie powinna przeszkadzać decydentom z rockowych rozgłośni.

Gdyby ktoś nie był do końca przekonany, niech sprawdzi duet Dalle z Shirley Manson z Garbage o którym pisaliśmy w tekście „Sześć najlepszych piosenek jakie ostatnio słyszeliśmy”.

The Heavy – „How You Like Me Now?”

Rock i dęciaki to najlepsza z możliwych kombinacji, na żywo to musi być prawdziwy dźwiękowy huragan. Brzmienie, energia i ta niedająca się podrobić radość z grania zespołu The Heavy są po prostu zaraźliwe.

„How You Like Me Now?” poznałam dzięki skądinąd bardzo udanej komedii „Szefowie wrogowie” (jeśli nie znacie aktora Charliego Daya, musicie do zmienić! Reszta obsady – z mocno napaloną i wyuzdaną Jennifer Aniston na czele – równie znakomita).

Damien Rice – „The Blower’s Daughter”

Już wystarczy, że osiem lat czekaliśmy na nową płytę Damiena Rice’a (następca „9” z 2006, My Favourite Faded Fantasy” ukaże się 3 listopada 2014), nie czekajmy dłużej na jego koncert w Polsce. Optymalnie byłoby zobaczyć Irlandczyka w jakimś kameralnym klubie, ale występ w ciepły czerwcowy wieczór pod niebem usianym gwiazdami na odbywającym się na Służewcu Orange Warsaw Festival 2015 też może być piękny.

„The Blower’s Daughter” to emocjonalna, skromna akustyczna piosenka okraszona smutnymi dźwiękami wiolonczeli. Numer wycisnął niejedną łzę wśród widzów filmu „Bliżej” Mike’a Nicholsa (w rolach głównych Julia Roberts, Jude Law, Natalie Portman i Clive Owen).

Adele – „Rumour Has It”

Myślę, że gdyby udało się na Orange Warsaw Festival 2015 ściągnąć Adele, resztę składu mogliby uzupełniać uczestnicy telewizyjnych talent show, Krzysztof Krawczyk i Bajm. Raczej nie byłoby problemów ze sprzedażą biletów.

„Rumour Has It” to może nie najlepsza, najpiękniejsza (tą jest „Rolling in the Deep”), ale najfajniejsza piosenka Adele. Zabawy rytmem mogą jej pozazdrościć Lykke Li czy Radiohead. Jest też w tym utworze coś cudownie organicznego, pierwotnego z aksamitnymi chórkami. Kompozycyjnie rzecz absolutnie niebanalna, z lekko bondowskim, oceanicznym przejściem.

– Chciałam nagrać coś zaskakującego – opowiadała artystka o utworze, którego współtwórcą jest Ryan Tedder. – Wymyśliliśmy więc ten bluesowo-popowy, tupoczący numer.

Angielka wyjaśniała, że nie jest to atak na media, ale „Rumour Has It” to piosenka o jej przyjaciołach, którzy wierzą w rzeczy, które o niej słyszą.

Singel rozszedł się w Stanach Zjednoczonych w nakładzie przekraczającym 2 miliony sztuk.

Meg Myers – „Monster”

Meg Myers to amerykańska wokalistka i songwriterka, która właśnie wydeptuje sobie drogę do kariery. W 2012 roku podpisała kontrakt z Atlantic, ale wciąż czekamy na jej długogrający debiut. Na razie dała się jednak poznać za sprawą EP-ek „Daughter In The Choir” i „Make a Shadow”. Kto lubi dziewczyny z gitarą, śpiewające z pasją, na pewno pokocha 27-latkę o twarzy nastoletniej dziewczynki zagubionej w supermarkecie. Porównuje się ją do Fiony Apple, Patti Smith, Cat Power, Alanis Morissette czy Sinéad O’Connor. Ja dorzuciłabym jeszcze dawną P.J. Harvey.

Emeli Sandé – „Heaven”

Idę o zakłada, że każdy fan brytyjskiej muzyki elektronicznej lat 90. poczuł ciepło na sercu, gdy po raz pierwszy usłyszał wstęp do „Heaven”. Nie da się ukryć, że Emeli Sandé natknęła się w swym życiu na trip-hop, house i pochodne. W „Heaven” bardzo sprytnie przełożyła tamte pomysły na współczesne i bardziej popowe realia. Ujmują szybujące smyki, lekkość tego nagrania, kapitalna, porywająca melodia i urokliwe dęciaki godne Marka Ronsona, o świetnym głosie Angielki nie wspominając.

– Napisałam ten utwór po długiej rozmowie z moim producentem, Naughty Boyem – opowiada artystka. – Prowadziliśmy długą dyskusję o religii i o tym, co znaczy być dobrym człowiekiem, jak trudne jest to w dzisiejszych czasach. Powiedział wtedy, że wystarczy mieć czyste serce i to była iskierka, która dała początek piosence.

Avicii – „Addicted To You”

Był David Guetta (na Orange Warsaw Festival 2014), tym bardziej może być Avicii, szczególnie, że ma on repertuarze kilka naprawdę udanych piosenek. W „Addicted To You” wspiera go rockowa wokalistka, Audra Mae (fantastyczna barwa głosu), a gitarowy motyw ma w sobie coś… westernowego.

Klip zainspirowany został historią Bonnie i Clyde’a. W wideo występują szwedzkie aktorki Madeleine Martin Minou (kelnerka) i Hedda Stiernstedt (blondynka). Istnieje też druga wersja teledysku z minifigurkami Lego.

Porównanie z Guettą nieprzypadkowe, Francuz wykonał bowiem remiks piosenki.

Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.