16 najlepszych piosenek Helmet (cała „Betty” i dwa dodatki)

Helmet fot. Archiwum Zespołu/najlepszePiosenki.pl


W Helmet chodzi o muzyczny rozwój – wyjaśnia wokalista, gitarzysta i artystyczny mózg kapeli, Page Hamilton. – Chodzi o to, by wziąć riff, coś z niego zbudować, a następnie uwolnić całe ciśnienie. Dla mnie to naturalne, ja niczego nie robię na siłę.

Helmet to bardzo niedoceniania kapela, a raczej za mało popularna. Zespół dowodzony przez Page’a Hamiltona oferuje naprawdę ciężkie, mocne, gitarowe granie, trochę jednak bardziej wymagające od przeciętnych radiowych piosenek. Zamiłowanie do jazzu i matematycznych rozwiązań lidera znalazło swe odbicie w twórczości Helmet. Niewątpliwie mamy jednak do czynienia z jednym z ciekawszych i trudniejszych do zaszufladkowania zespołów (wikipedia podaje alternative metal, post-hardcore, groove metal, noise rock, experimental rock).



Kapela dopiero po raz drugi odwiedza nasz kraj i 12 września wystąpi w Krakowie w klubie Fabryka a dzień później w warszawskiej Hydrozagadce.

Nadchodzące koncerty związane są z rocznicą wydania albumu „Betty” (czerwiec 1994), przypomnijmy więc sobie całe dzieło.

„Wilma’s Rainbow”

Helmet w postaci, jaką chyba najbardziej lubimy. Ciężki i skoczny. Zaczepny, ale i przyczajony. Jest popisówa na gitarze, dźwiękowy harmider, ale również wyrazisty, fajny rytm, Z odrobiną przyjaznej uchu melodii oraz niemal chwytliwym refrenem.

„I Know”

Poza riffami, drugim elementem rozpoznawczym Helmet jest mocna perkusja. Tu nieco sucha, zamulona, ale wyrazista, zapewniająca pewną ociężałość, zwalistość nagrania. A Page pokazuje, że czasem lubi sobie też powrzeszczeć.

„Biscuits For Smut”

Przyznam bez bicia, że gdybym nie znała tak dobrze „Betty”, a ktoś włączyłby mi znienacka „Biscuits For Smut” pomyślałabym, że to jakieś naprawdę stare Red Hot Chili Peppers. Sprzed „Blood Sugar Sex Magic”. Ten luźny niczym u Flea bas, metaliczna chwilami piskliwa gitara, wokal po obróbkach też jak u Anthony’ego Kiedisa, no i groove jak ta lala. Nie mówiąc o przekrzykujących się instrumentach w finale.

„Milquetoast”

Numer, który zaczyna się od „lania po pysku”, czy jak kto woli chłostania nisko strojonymi gitarami. Dalej, luźny bas, zniekształcony wokal, nieco zgiełku. Kawałek znany jest też w nieco innej wersji i pod tytułem „Milktoast”. W tej formie uświetnił on skądinąd znakomity soundtrack do filmu „Kruk”. Był to jedyny numer z płyty, który przebił się do zestawienia Billboard’s Mainstream Rock Tracks.

„Tic”

Piosenka z kategorii „kroczący bagnisty potwór” z odrobiną „nawiedzonego domu” pod koniec.

„Rollo”

Jeden z bardziej motorycznych, dynamicznych i energicznych numerów w zestawie. Taki do umiarkowanego (a czasem i szaleńczego) pogowania. Dużo zniekształceń, przesterów i ogólnie różnej zabawy pokrętłami. Niezła dramaturgia jak na mocno zgiełkowatą propozycję.

„Street Crab”

Klasyczny Helmet 🙂


„Clean”

To akurat numer, za którym Hamilton nie przepada, ponieważ męczył się, kiedy go tworzył. Co wydaje się dość dziwne, mamy bowiem do czynienia z iście radiową piosenką (jak na standardy Helmet). Rozkołysany refren, dość nieśmiała perkusyjna próba naparzania, normalne zwrotki. Zwykły, nie aż tak głośny ani aż tak przesterowany utwór. W świecie Helmet to niemal ballada. Tymczasem Page podobno strasznie długo głowił się nad kompozycją i aranżacją.

„Vaccination”

Taka trochę rozdrażniona, ale jeszcze nie całkiem wkurzona piosenka. Z odrobiną przestrzeni i miejscem na perkusyjne smaczki.

„Beautiful Love”

Jazzowy standard, który skomponowali Wayne King, Victor Young i Egbert Van Alstyne. Oryginalna kompozycja pochodzi z 1931 roku. Utwór pojawił się na soundtracku do filmu Woody’ego Allena, „Zbrodnie i wykroczenia”. Piękny walczyk, który Hamilton po swojemu… popsuł. Delikatny wstęp jednak urzeka.

„Speechless”

Z tą piosenką, Helmet mógłby ruszać na podbój list przebojów. Noo, prawie. Zapowiada się niewinnie. Klasyczny układ zwrotka i refren z łagodnym wokalem, ale gdzieś w międzyczasie niespodziewanie dzieje się… Helmet. Ten hałaśliwy i nieokiełznany.

„The Silver Hawaiian”

To numer, który pokazuje jak szerokie są muzyczne horyzonty Page’a Hamiltona i że chłopak lubi jazz. Za sprawą burczącego, rozedrganego basu „The Silver Hawaiian” może kojarzyć się z dokonaniami Primusa, z kolei pewien luz i mruczący wokal przywodzą na myśl Fun Lovin’ Criminals. „The Silver Hawaiian” to taka fajna jazzująca miniatura, odrobina odpoczynku od miażdżących riffów.

„Overrated”

Bodaj najbardziej „epicki” i „podniosły” numer Page’a i spółki (cudzysłów został użyty, bo w końcu mówimy o Helmet). Jest w tym nagraniu coś dostojnego, szlachetnego, dumnego. Gdyby nie te wszystkie przestery i zgrzyty, mógłby pasować do jakiej batalistycznej sceny w hollywoodzkim filmie.

„Sam Hell”

Czy Page Hamilton potrafi grać bluesa? Oczywiście. Może nie pomylicie go z czarnoskórym, tęgim jegomościem z Delty czy Nowego Orleanu, ale jak na białasa daje radę. Nie gorzej niż Hugh Laurie.

„Unsung”

Kiedy ostatnio Helmet gościł w Polsce (był rok 2001, klub Firlej we Wrocławiu), w całości wykonywał materiał z „Meantime”. Choć w niewielkim lokalu nikogo nie trzeba było namawiać do aktywnego uczestnictwa w koncercie, „Unsung” oczywiście wzbudził potężne emocje. Jest w tym numerze zaraźliwa dawka energii, kapitalny rwany rytm, szalejące gitary, no i „śpiewający” wokal, a przy tym cała masa solidnego naparzania. Hit jak w mordę strzelił.

„Just Another Victim”

Był sobie dość kiepski film „Sądna noc” („Judgment Night”) z superwyczesaną ścieżką muzyczną. Pomysł był taki, by połączyć kapele rockowe/metalowe z hiphopowymi twórcami. Powstały więc pary typu Slayer+Ice T, Living Colour+Run DMC czy Pearl Jam+Cypress Hill. Całość otwierał natomiast numer „Just Another Victim”, który zrealizowali Helmet i House of Pain. Nie jest to może klasyczny duet pożeniony w idealnej symbiozie, raczej związek zbudowany na fundamentach kompromisu – pierwsza część należy do Page’a i jego gitar, a druga do rapujących chłopaków.

Przy okazji mamy też konkurs. Dwie wejściówki na występ w krakowskiej Fabryce. Ale konkurs jutro!!!! Czytajcie, oglądajcie.





Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.