5 najlepszych piosenek zespołów, które powinny się reaktywować i przyjechać do Polski

Róisín Murphy fot. Isound/NajlepszePiosenki.pl

Festiwal Open’er zakończył fantastyczny koncert kapeli, która reaktywowała się ku radości niezliczonej liczby fanów (Faith No More w sensie). Oto zestawienie pięciu kapel, których reaktywacja (cały czas możliwa) wywoła naszą nieokiełznaną euforię.

Moloko – „The Time Is Now”

Dzieci, młodzieży, posłuchajcie rady starszej pani. Jeśli jakiś wykonawca, którego lubicie przyjedzie do Polski, a wy będziecie chcieli iść na koncert, zróbcie wszystko, żeby to zrobić. Zaoszczędźcie, pożyczcie kasę, a nawet… noo, może do przestępstwa nie będę namawiać. Byłam w Warszawie, gdy występowało Moloko, ale z tak błahego powodu jak chwilowy brak gotówki, na koncert nie poszłam. Potem zespół się rozpadł, a ja płaczę do dziś.

„The Time Is Now” to wybór równie oczywisty co zrozumiały, gdyż to naprawdę doskonała piosenka. Pełna uroku, kobiecego smutku, tęsknoty, zwiewna i delikatna, ale nie eteryczna czy plumkająca, a jednocześnie dodająca siły. No i ten bas po prostu rozbraja.



– Pomyśleliśmy, że zrobimy taneczną piosenkę, ale zagramy ją akustycznie – wspominał Mark Brydon. – Kusiło nas, by dodać mocne werble czy coś w tym stylu, ale zależało nam na tym, by zachować równowagę.

The Smiths – „How Soon Is Now”

Zdaję sobie sprawę, że reaktywacja The Smiths nie leży nawet w sferze marzeń, lecz raczej cudów, ale w końcu nadzieja umiera ostatnia. Dla wszystkich wrażliwców i/lub sympatyków brytyjskiego grania, koncert The Smiths byłaby czystą ekstazą, a przy „How Soon Is Now” (i pewnie wielu innych piosenkach) na 100 procent polałyby się łzy. Ta gitara, przestrzeń, te niesamowite metaliczne brzmienia, przepiękna melodia, pewien niepokój zderzony ze stanem absolutnej błogości i poetycki tekst Morrisseya. Jasne, można ten numer usłyszeć na solowych koncertach wokalisty, ale jednak to nie to samo.

A Tribe Called Quest – „Can I Kick It?”

Każdy, kto uważa hip-hop za gatunek prostacki, banalny czy efekciarski lub myśli, że to zwykłe gadanie do rytmu, powinien posłuchać A Tribe Called Quest. Muzyka formacja z nowojorskiego Queens to dowód ogromnej muzykalności raperów i ich niemałej wiedzy muzycznej. Q-Tip i spółka w niesłychanie naturalny sposób czerpali z klasycznego soulu, R&B, a przede wszystkim jazzu. Ich piosenki imponują harmonią, plastycznością i wyobraźnią, niezbędną, by tak gładko i sprawnie łączyć sample z oryginalnymi pomysłami.

Numer zawiera sample „Walk on the Wild Side” Lou Reeda, „What a Waste” Iana Dury, „Spinning Wheel” Dr. Lonnie Smith, „Taniec rycerzy” Prokofiewa i „Sunshower” autorstwa Dr. Buzzard’s Original Savannah Band.

Genesis – „Mama”

Zdaję sobie sprawę, że zaraz będziecie chcieli mnie zlinczować. Jak to? Reaktywacja Genesis nie w klasycznym składzie? Nie z Peterem Gabrielem? Trio ze śpiewającym Phillem Collinsem? Właśnie, że tak! Z uwagi na słabość do kiczowatych strojów, kiepskich filmów czy nagrywania wesołych, nie do końca poważnych piosenek, Collins ma opinię tego mniej „artystycznego” frontmana Genesis. Zgadza się, jego era to przejście w kierunku popu, lżejsze brzmienia, mainstreamowe czasem rzeczywiście kiczowate piosenki. Nie zmienia to jednak faktu, że A) były to bardzo często znakomite piosenki, B) nie brakuje w collinsowym etapie Genesis numerów wyrafinowanych, mrocznych, niepokojących, poruszających trudne tematy.

„Mama” to kawałek z syntezatorami i to tymi najbardziej przaśnymi, ale i z mocną gitarą, genialną perkusją i naprawdę przerażającym popisem wokalnym Philla. Fantastyczna jest sama kompozycja, z pełzającym napięciem oraz zaskakującymi zwrotami akcji.

– Kiedy nasz menedżer po raz pierwszy usłyszał ten numer myślał, że jest o aborcji – opowiadali muzycy. – Myślał, że płód mówi słowa „Please give me a chance, can’t you feel my heart, don’t take away my last chance”. Tak naprawdę to numer o nastolatku, który ma obsesję na punkcie matki. Obsesja ta narasta, gdy poznaje pewną starszą prostytutkę i nie może zrozumieć, czemu ona nie jest nim zainteresowana.

White Zombie – „More Human Than Human”

Trochę nam Rob Zombie podpadł. Po pierwsze odwołał koncert w Polsce, po drugie kręci serial o morderstwach Charlesa Mansona, a zarabianie kasy na tej tragicznej historii jest co najmniej niesmaczne. Może jednak byśmy mu wybaczyli, przynajmniej ten odwołany występ, gdyby wskrzesił White Zombie. Owszem, na jego koncertach nie brakuje numerów z repertuaru macierzystej kapeli, ale – jak w przypadku Morrisseya i The Smiths, to jednak nie to samo.

„More Human Than Human” to przykład tego, co tygryski lubią najbardziej, czyli piosenka jest metalowa, a dokładniej industrialna, są riffy i ogólnie jest głośno i niegrzecznie, ale tak naprawdę to popowy hicior. Wpadająca w ucho melodia, zgrabny jak tyłeczek Kylie Minogue rytm i chwytliwy refren, którym nie wzgardziłaby Rihanna.

Tytuł i słowa zostały zainspirowane „Łowcą androidów”, czyli kolejny atut tego mistrzowskiego kawałka.

Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.