6 najlepszych piosenek Imagine Dragons + recenzja albumu „Smoke + Mirrors”

Imagine Dragons fot. Universal Music Polska

Najlepsze Piosenki Oceniają



Imagine Dragons obiecali przyjechać do Polski. Na razie jednak możemy cieszyć się ich studyjnymi dokonaniami – starszymi i całkiem świeżymi.

Liczone w dziesiątkach tysięcy błagalne tweety przyniosły rezultat. Szalenie popularna kapela Imagine Dragons wystąpi w Polsce. Na razie nie wiadomo gdzie, kiedy i czy będzie to występ festiwalowy, czy samodzielny koncert w hali. 17 lutego na sklepowe półki trafił drugi longplay formacji, „Smoke + Mirrors”, który kapele badzie promować w Polsce. Oto 6 najlepszych piosenek Imagine Dragons oraz recenzja albumu „Smoke + Mirrors”.



„Demons”

Nie da się ukryć, że Imagine Dragons doszli na szczyt w zastraszającym tempie. Choć utwór „Demons” opiera się w zasadzie tylko na natchnionym wokalu (gitarzysta Wayne Sermon raczej się nie przepracował), to i tak zyskał status rockowego ultrahitu.

Pracując nad kawałkiem, zespół połączył siły z angielskim hiphopowym producentem, Aleksem Da Kidem, znanym z pracy przy przeboju „Love The Way You Lie” Eminema i „I Need A Doctor” Dr Dre.

„Radioactive”

Dźwięki „Radioactive” przewijały się w reklamach sprzętu elektronicznego, zawodów wrestlingu, grach komputerowych i filmach. Softdubstepowy, chwytliwy beat spodobał się nie tylko wyznawcom Linkin Park. Wersję z krążka „Night Visions” – czy tego chcemy czy nie – wszyscy znamy na pamięć. Dlatego polecam wariant alternatywny, nagrany z Kendrickiem Lamarem, którego, tak jak Imagine Dragons, będziemy mogli w tym roku posłuchać w Polsce na żywo.

„It’s Time”

Podobno nie da się grać „zbyt popowo”, ale w przypadku singla „It’s Time” Imagine Dragons zawędrowali na granice kompozycyjnej prostoty. W tym utworze nieco zwalniają tempo, elektronikę zastępuje słodkie brzmienie mandoliny, które podkreśla równie sentymentalny tekst. To jeden z tych numerów, do których łatka „radio-friendly” pasuje jak ulał. „It’s Time” idealnie nadaje się jako tło i do jazdy samochodem i porannej krzątaniny.

„I Bet My Life”

Najtrudniej jest wydać drugi album. Szczególnie po tak spektakularnym sukcesie, jaki odniósł krążek „Night Visions”. Imagine Dragons nie mogą nagrać tego samego, recenzenci i fani rozliczą ich bezlitośnie z każdego riffu na „Smoke + Mirrors”. Po brzmieniu singla „I Bet My Life” słychać, że muzycy z Vegas nie zamierzają już grać tak prościutko. Pojawiają się entuzjastyczne chórki (z akcentami gospel), wreszcie można usłyszeć więcej gitar. Idylliczny nastrój „I Bet My Life” burzy jedynie Dane Dehaan, czarny charakter z ostatniego filmu o Spider-Manie, który pojawia się w promocyjnym teledysku.


„Battle Cry”

Singel „Battle Cry” nagrano na potrzeby ścieżki dźwiękowej do filmu „Transformers”. Zadanie postawione Imagine Dragons było trudne, gdyż dotychczas utwory do sensacyjnej serii tworzyli Linkin Park. Wyraźnie chcieli uzyskać mroczny, pompatyczny efekt. W zamyśle numer „Battle Cry” miał chyba brzmieć jak nośne hymny Muse (Dan Reynolds często podkreśla, że inspiruje się brytyjską formacją), ale efektowi końcowemu jest raczej bliżej do ostatniego albumu Thirty Seconds To Mars. Mimo wszystko piosenka „Battle Cry” wyróżnia się na tle pozostałych dokonań grupy. Ona też znalazła się na nowym krążku „Smoke + Mirrors”, choć tylko w wersji rozszerzonej.

„Shots”

Z otwierającego riffu byłby dumny sam pan The Edge. Dalej pojawiają się już szalenie modne odwołania do klimatu lat dziewięćdziesiątych. Z drugiej strony „Shots” przypomina mi nieco utwory Foster The People i Foals.

RECENZJA: Imagine Dragons – „Smoke + Mirrors”

Kiedy rok temu w kategorii „najlepszy rockowy występ” do Grammy nominowano Led Zeppelin, Davida Bowiego, Queens of The Stone Age, Jacka White’a i Imagine Dragons, byłam święcie przekonana, ci ostatni zostaną zmiażdżeni przez konkurentów. Jednak to właśnie grupa z Vegas zdobyła pozłacany gramofon. Choć kompozycjom Imagine Dragons brakuje finezji, są przebojowe i bez przerwy wykorzystywane w reklamach i soundtrackach. Dlatego też nowe wydawnictwo, „Smoke + Mirros” utrzymano w stylu podobnym do debiutu. Skoro maszyna działa, po co ją zmieniać?

Kapela Dana Reynoldsa nie gra ani rocka, ani alternatywy. Po odjęciu tupania i chórków ich piosenki brzmią łudząco podobnie. Jednak na nowym krążku znajdziemy kilka ozdobników, które sprawiają, że jakoś da się odróżnić kolejne kawałki. W „Gold” przewija się cudowny motyw rodem ze spaghetti westernu, a „Friction” zdominowały wpływy orientalne (z koszmarnym skutkiem). Najbardziej zadziwia numer „I’m Sorry” – nikt chyba nie spodziewał się, że Imagine Dragons sięgną po bluesowo-garażowe gitary w stylu The Black Keys.

I na tym wyliczanie zaskoczeń możemy zakończyć, bo pozostałe kompozycje ze „Smoke + Mirrors” są przewidywalne. Zresztą część z nich już dobrze znamy, od kilku miesięcy okupują radiowe playlisty. Wyróżniają się dwa utwory zarażające optymizmem – singel „I Bet My Life” i „Polaroid” – tak niespiesznie radosny, że mógłby posłużyć za ścieżkę dźwiękową do disneyowskiej animacji.

Piętą achillesową formacji pozostaje warstwa tekstowa, naiwne wersy szybko wypadają z pamięci. Gdyby nowe inspiracje (spaghetti western, blues) pozostawiono w czystej formie zamiast „ulepszać” je dubstepem, „Smoke + Mirrors” byłby świeżym, zróżnicowanym zestawem.




Nie mogę negować komercyjnego potencjału Imagine Dragons. Nagrywają precyzyjnie utkane przeboje, które spokojnie można grać na stadionach. Jednak ich muzyka przypomina wydmuszkę. Brzmi jak efekt przemyślanych działań marketingowych, który ma się spodobać reklamodawcom. „Smoke + Mirros” brakuje charakteru, te kawałki są zmyślnie udekorowane, ale puste w środku (chociażby „It Comes Back From You”).


Komentarze

Podsumowanie Najlepszych Piosenek

Anita Ceglińska

Marzyła o siatkówce, a skończyło się na popkulturze. W ciągu dnia bada pokolenie Y, po godzinach recenzuje premiery filmowe i muzyczne. Choć spędza długie godziny na Tumblrze i konwentach, za nic nie przyzna się do bycia geekiem i obsesji na punkcie BBC i "Hannibala". Nie umie żyć bez koncertów. Jak każdy padawan Jacka White'a trzyma na parapecie dziesiątki płyt - powodów do dumy i wyrzutów sumienia. Kiedyś rzuci wszystko i wyjedzie na Islandię.