6 najlepszych piosenek, które usłyszycie na Open’er Stage

Jack White fot. Archiwum Artysty/NajlepszePiosenki.pl

Nie samymi headlinerami festiwalowicze żyją. Sterczenie przez cztery dni pod sceną główną (Open’er Stage) też nie jest szczytem rozsądku. Mimo wszystko największe gwiazdy, choćby nie wiem jak komercyjne, po prostu wypada zobaczyć.

The Black Keys – „Howlin’ For You”

Jako wierna fanka The White Stripes powinnam trafić na szafot za rozpoczęcie listy od utworu The Black Keys. Niemniej jednak spośród wszystkich headlinerów, tylko oni jeszcze nie mieli okazji grać w Polsce. Specjalnie nie wybieram ani kultowego „Lonely Boy”, ani świeżutkiego, przebojowego „Fever”. W porównaniu z największymi hitami duetu Auerbach – Carney, westernowy kawałek „Howlin’ For You” wydaje się niepozorny. W końcu w prostocie tkwi siła, a ja jestem święcie przekonana, że nawet najwięksi sztywniacy zaczną nucić charakterystyczne „para para pa”.

Jack White/The White Stripes – „Icky Thump”



Tak, wiem – to „Seven Nation Army” jest hitem piłkarskich stadionów i wszyscy na niego czekają. Mało kto w Europie kocha country, dlatego solowe albumy Jacka cieszą się przeciętnym entuzjazmem. Dlatego White a.k.a. Willy Wonka a.k.a. Szalony Kapelusznik musi sięgać po repertuar swoich trzech kapel z The White Stripes na czele. Spektakularny koncert na Glastonbury rozpoczął właśnie od „Icky Thump”. Ryzyko utraty słuchu jest wysokie, bo zamiast Meg na Open’er Stage towarzyszyć będzie mu piekielnie skuteczny perkusista Daru Jones. O najlepszych piosenkach z albumu „Lazaretto” pisaliśmy już wcześniej.

Pearl Jam – „Mind Your Manners”

Na Alter Art spadła niespodziewana ilość hejtu po ogłoszeniu koncertu Pearl Jam. Bo przecież już grali w Gdyni, bo ostatni longplay wcale nie powala, bo to taki przewidywalny wybór. Ironiczni festiwalowicze pewnie przyjdą na występ legendy tylko po to, by emanować pogardą. Niby w czasach grunge’u byłam na etapie pieluch i nie mam prawa głosu, ale myślę, że poza klasycznymi hitami, kilka nowych kawałków ma szansę się obronić. I największy hejter znajdzie coś dla siebie, skoro setlista może zawierać nawet trzydzieści numerów. Ja liczę, że na Open’er Stage usłyszę surowy singiel „Mind Your Manners”.

Phoenix – „Entertainment”

Spójrzmy prawdzie w oczy – bez Phoenix nie powstałoby co najmniej kilkanaście kapel, które zagrają na różnych scenach Open’er Festivalu. Wieczne nazywanie Francuzów „indierockowym Daft Punk” uchodzi za obrazę majestatu, ale ta „obelga” skrywa w sobie ziarno prawdy. Lata lecą, a utwory Phoenix wręcz kipią przebojowością. Paryżanie nadal są w świetnej formie, o czym świadczą kawałki z ostatniego krążka „Bankrupt!” – „S.O.S. In Bel Air”, a szczególnie singiel „Entertainment”.

The Horrors – „Who Can Say”

Jeżeli myślicie, że to Szalony Kapelusznik będzie największym dziwadłem Open’er Stage, to poczekajcie do soboty na The Horrors. Być może zerwali z wizerunkiem psychokukiełek à’la Tim Burton, lecz ich muzyce wciąż nie brakuje surrealistycznego sznytu. Koncert zdominują numery z jeszcze ciepłego albumu „Luminous”, ale ja czekam na stary hit „Who Can Say”. Boję się tylko, że pięć wampirów spłonie w ostatnich promieniach zachodzącego słońca – w końcu grają już o dwudziestej. O hitach z ostatniej płyty pisaliśmy przy okazji recenzji albumu „Luminous”.

Lykke Li – „Silver Line”

Organizatorzy Open’er Festivalu najwyraźniej nie uznają parytetów. Na scenie głównej pojawi się dwanaście formacji, ale wśród nich znajduje się tylko jedna kobieta. Jak na szwedzką krew przystało, Lykke Li dostarcza przeboje tonami. Świeżutki longplay „I Never Learn” jest nimi przepełniony. Moje serce od pierwszego słuchania skradła subtelna ballada „Silver Line”. Nie jest koncertowym pewniakiem, ale liczę na cud na Open’er Stage. Więcej wskazówek dotyczących Lykke Li możecie znaleźć w naszej recenzji albumu „I Never Learn”.

Warto dodać, że po raz pierwszy od lat na scenie głównej (zwanej Open’er Stage) nie pojawią się polscy artyści. Niby zawsze grali tylko „na rozgrzewkę”, ale był to miły akcent dla widzów i wyraz szacunku dla rodzimego rynku. Organizatorzy nie zdecydowali się też na zaskakujące zestawienia w line-upie (zobaczyć przerażone twarze fanów Justice na koncercie Krzysztofa Pendereckiego – bezcenne). Klasyków nie zabraknie, więc może być dość przewidywalnie. Niespodzianek i magii radzę szukać na scenie namiotowej.

Komentarze

Anita Ceglińska

Marzyła o siatkówce, a skończyło się na popkulturze. W ciągu dnia bada pokolenie Y, po godzinach recenzuje premiery filmowe i muzyczne. Choć spędza długie godziny na Tumblrze i konwentach, za nic nie przyzna się do bycia geekiem i obsesji na punkcie BBC i "Hannibala". Nie umie żyć bez koncertów. Jak każdy padawan Jacka White'a trzyma na parapecie dziesiątki płyt - powodów do dumy i wyrzutów sumienia. Kiedyś rzuci wszystko i wyjedzie na Islandię.