6 najlepszych piosenek PJ Harvey z albumu „To Bring You My Love”



Dziś mija 20 lat od wydania „To Bring You My Love” PJ Harvey – płyty, która wciąż brzmi wspaniale.

Muzyka PJ Harvey się nie starzeje – taki lakoniczny, ale jakże akuratny mail otrzymałam podczas premiery 2. sezonu serialu „Peaky Blinders”, gdzie utworów Angielki nie brakuje. Rzeczywiście, muzyka PJ Harvey się nie starzeje, choć ma już całkiem sporo lat. Właśnie mija dokładnie 20 lat od premiery „To Bring You My Love”. Nie tylko jednej z najważniejszych płyt w dorobku artystki, ale i jednego z najznamienitszych albumów lat 90.



„To Bring You My Love” był zaledwie trzecim longplayem chudej, niekoniecznie pięknej, 26-letniej wówczas dziewczyny z gitarą. Okazał się dziełem zaskakującym, dojrzałym, poruszającym, mrocznym, bardzo kobiecym. Był to również spory sukces. W Stanach sprzedało się ponad 370 tysięcy egzemplarzy krążka, a na Wyspach 100 tysięcy. Niemały był w tym udział producentów, Flooda (U2, Depeche Mode, Nine Inch Nails) oraz Johna Parisha.

„To Bring You My Love”

Już od pierwszych dźwięków płyty wiadomo, że PJ Harvey przygotowała coś zupełnie innego, niezwykłego, odbiegającego od tego, co robiła na poprzednich krążkach. Bluesowey, powłóczysty numer tytułowy wprowadzał w album pełen goryczy i cierpienia. Blues zresztą okaże się wspólnym mianownikiem poszczególnych utworów z płyty.

Głośnie, przesterowane, rozdrażnione gitary, „echo” niczym z „Truposza” (a dokładniej soundtracku Neila Younga do tego filmu) i oczywiście pełen emocji, przeszywając wokal. „To Bring You My Love” z miejsca łapie za serce.

W „To Bring You My Love” podmiot liryczny nie tylko pragnie miłości, kobieta gotowa jest poświęcić dla niej wszystko.

„Working for the Man”

Sucha perkusja wystukująca monotonny rytm, mroczny klimat. Nerwowa pulsacja i kontrastujące z nią kojące dźwięki grzechotek. Utwór z kategorii przyczajonych, którym PJ Harvey skutecznie usypia słuchacza, by za chwilę „zaatakować” jedną ze swych najpiękniejszych piosenek.

„C’mon Billy”

Owa najpiękniejsza piosenka to oczywiście „C’mon Billy”. Chyba po raz pierwszy w odniesieniu do twórczości PJ Harvey można było z pełną odpowiedzialnością mówić o piosence. Melodia jest ładna, zgrabna, lekka. Do tego akustyczna aranżacja okraszona smutnymi smykami, które w połączeniu z melancholijnym klimatem przywoływały skojarzenia z Portishead.

Do singla powstał klip, w którym PJ próbuje uwieść pewnego mężczyznę (zapewne Billy’ego). Krytyk z „Chicago Tribune” określił Harvey „jako sadomasochistyczną dominę w krwisto czerwonej sukience”. Dla decydentów stacji VH1 klip był na tyle odpychający, iż postanowili go nie emitować.


„Long Snake Moan”

Grunge już podobno w 1995 roku nie żył, ale „Long Snake Moan” brzmi grunge’owo. Szczególnie gitary, zarówno te na początku piosenki jak i pojawiające się w dalszej części. Do tego mamy zniekształcony elektronicznie wokal, znaną z poprzednich płyty PJ Harvey kobiecą wściekłość i całkiem zgrabną melodię, która swym sinusoidalnym kształtem przypomina niektóre z hitów The Smashing Pumpkins.

„Long Snake Moan” to jeden z niewielu utworów na płycie, gdzie pojawia się bas. W tym przypadku grał na nim Mick Harvey.

„Down by the Water”

Piosenka o rybce lub, bez żartów, wizytówka połowy lat 90. Mroczna, „organiczna” elektronika, rockowe rozdrażnienie, wielowarstwowa produkcja, subtelne a zarazem wysmakowane aranżacyjne smaczki. Niesamowite połączenie angielskiej i amerykańskiej stylistyki, a PJ Harvey w roli zmysłowej, uwodzicielskiej syreny.

Numer dotarł do 2. miejsca zestawianie Modern Rock Tracks magazynu „Billboard” i stał się jednym z najpopularniejszych w karierze PJ Harvey.

Za reżyserię teledysku odpowiada Maria Mochnacz. Klip powstawał przez dwa dni w Londynie. W niektórych podwodnych sekwencjach PJ miała dublerkę.

„Send His Love to Me”

Jeszcze jedno oblicze PJ Harvey, które znajdziemy na „To Bring You My Love”. Akustyczna, balladowa kompozycja o lekko latynoskim posmaku w delikatnym karuzelowym rytmie. Zmysłowa, niemal erotyczna piosenka, w której bohaterka błaga o to, by kochanek do niej wrócił.


Komentarze

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.