7 najlepszych piosenek na majówkowy chillout

Dillon fot. Archiwum Artystki


Niektórych męczą pierwszomajowe manifestacje, grillowanie i pięciogodzinne podróże zawsze klimatyzowanymi liniami TLK. Są tacy, którzy tych kilka wolnych dni wolą spędzić na delektowaniu się słodkim smakiem prokrastynacji*. Bez obaw, te kawałki pozwolą wyciszyć się, ale z pewnością nikogo nie uśpią 😉

Alt-J – „Something Good”

Każdy szanujący się hipster wyśmieje mnie i prychnie z pogardą, bo przecież Alt-J są już passé. Jednak obsypany nagrodami pierwszy album Brytyjczyków – „An Awesome Wave” – wciąż zaskakuje świeżymi, niekonwencjonalnymi rozwiązaniami. Chwile wytchnienia zapewni numer „Something Good”, który urzeka kaskadą krystalicznie czystych dźwięków fortepianu.

SOHN – „Lessons”

Bardziej na czasie, prawda? O SOHN głośno jest już od dwóch lat, ale dopiero w kwietniu ukazał się jego debiutancki longplay „Tremors”. Niewątpliwie, krążek wyróżnia się pośród tegorocznych nowości na scenie elektronicznej. Miałam trudności z wyborem tylko jednego numeru – „Fool” intryguje i niepokoi, a „Artifice” kipi budzącą do życia energią. Wrzucam „Lessons”, który świetnie uzupełnia się z singlowym „Bloodflows”, zarówno jeśli chodzi o brzmienie jak i estetykę promocyjnych teledysków.

MØ – „Fire Rides”

Dunką zachwycają się wszyscy blogerzy, hipsterzy i miłośnicy skandynawskiego stylu. Niektórzy twierdzą nawet, że MØ talentem przewyższa Grimes i Lykke Li. O tym, czy fala ochów i achów jest uzasadniona, będzie można przekonać się już za tydzień podczas Free Form Festival. Kto zostaje w domu, niech śmiało sprawdzi świeżutką płytę MØ „No Mythologies to Follow”, na której nie brakuje i tanecznych hitów i bardziej melancholijnych kompozycji. Jedną z nich jest wybrana przeze mnie „Free Rides”, która otwiera wydawnictwo.

Daughter – „Smother”

To będą piękne chwile na tegorocznym Open’erze i silna konkurencja dla dziewcząt z Warpaint. Grupa Daughter zachwyca niewymuszoną elegancją, oszczędnością w doborze środków i magiczną barwą głosu Eleny Tonry. Singel „Youth” został już wyeksploatowany przez dziesiątki seriali i reklam, dlatego polecam „Smother” – numer równie nostalgiczny, czysty, a jednak troszeczkę niedoceniony.


Fismoll – „Let’s Play Birds”

Specyfika majowego weekendu zobowiązuje, by w zestawieniu znalazł się także artysta krajowy. Mój wybór padł na niezastąpionego Fismolla. Zazdroszczę mu, że w tak młodym wieku nagrał niewybaczalnie olśniewający album. Cały krążek „At Glade” jest skarbnicą kojących brzmień, a za zachętę niech posłuży singel „Let’s Play Birds”. Egzaltowani recenzenci zdążyli okrzyknąć Fismolla polskim Jónsim (bez przesady, rozpuścicie chłopaka), ale porównania do Volcano Choir wydają mi się całkowicie uzasadnione.

Marble Sounds – „Good Occasions”

Marble Sounds nie są wybitną formacją, odkryłam ich zupełnie przypadkiem „przekopując” Spotify w poszukiwaniu artystów podobnych do The Boxer Rebellion. Ich jedyny longplay „Nice Is Good” (rocznik 2010) zawiera kilka godnych uwagi kawałków, głównie kołysanek z „The Time to Sleep” na czele. Nie ulega wątpliwości, że w repertuarze Belgów bezkonkurencyjna pozostaje subtelna balladka „Good Occasions”, równie lekka jak wróbelek na okładce albumu.

Dillon – „Thirtreen Thirtyfive”

Tej pani słuchają głównie grzeczne dziewczynki, które noszą zapinane sweterki, okularki-kujonki i związują włosy w niedorzecznego ananasa. Jednak kilka minut z Dillon nie będzie dyshonorem nawet dla największych koneserów subtelnych melodii. W porównaniu do Eleny z Daughter czy MØ, Dillon dysponuje bardziej nonszalanckim, wręcz zawadiackim wokalem, który skradnie serca miłośników retro brzmień. Sztandarowy numer „Thirteen Thirtyfive” był oczywistym wyborem, ale warto sięgnąć również po najnowszy krążek artystki – „The Unknown”. Dillon zagra w maju koncert w stołecznym Basenie – bajeczne doznania gwarantowane.

*prokrastynacja lub zwlekanie (z łac. procrastinatio – odroczenie, zwłoka) – w psychologii patologiczna tendencja do nieustannego przekładania pewnych czynności na później, ujawniająca się w różnych dziedzinach życia.


Komentarze

Anita Ceglińska

Marzyła o siatkówce, a skończyło się na popkulturze. W ciągu dnia bada pokolenie Y, po godzinach recenzuje premiery filmowe i muzyczne. Choć spędza długie godziny na Tumblrze i konwentach, za nic nie przyzna się do bycia geekiem i obsesji na punkcie BBC i "Hannibala". Nie umie żyć bez koncertów. Jak każdy padawan Jacka White'a trzyma na parapecie dziesiątki płyt - powodów do dumy i wyrzutów sumienia. Kiedyś rzuci wszystko i wyjedzie na Islandię.