7 najlepszych piosenek Nirvany

Nirvana fot. Archiwum Zespołu

„Smells Like Teen Spirit” to kawał rockowego grania. To hymn pokolenia, symbol i kwintesencja lat 90., jedna z największych piosenek w muzyce rockowej.

Pamiętam dokładnie, jak i kiedy dowiedziałam się o śmierci Kurta Cobaina. Musiała być sobota, bo z przyjaciółką jechałyśmy na kursy przygotowawcze do liceum. Ona wsiadała do autobusu przystanek wcześniej, ja się dosiadałam. Gdy tylko weszłam, zapytała, czy oglądałam rano MTV News i czy już wiem, że Kurt Cobain nie żyje. Nie wiedziałam. Choć żadna z nas nie była wielką fanką Nirvany, poszłyśmy na wagary i spędziłyśmy pół dnia siedząc w słońcu na ławce, gadając o muzyce. To, jak dobrze pamiętam te wydarzenia, świadczy o tym, jak ważny dla ówczesnych nastolatków był Kurt Cobain i Nirvana.

„Come As You Are”

„Come As You Are” to mój faworyt z „Nevermind”. Gorycz i melancholia tej piosenki mają niewiarygodną siłę rażenia, a miały jeszcze większą na chłonny jak gąbka umysł nastolatki. Po surowiźnie, jaką był album „Bleach”, po energicznym „Smells Like Teen Spirit”, „Come As You Are” jawiło się niemal jako ballada. Dziś trudno słucha się tej piosenki. Pojawia się gorycz, żal, a nawet gniew, kiedy Kurt śpiewa „And I swear that I don’t have a gun/No I don’t have a gun/No I don’t have a gun”. Muzycznie natomiast mamy ewidentny dowód rozwoju Nirvany i kunszt producencki Butcha Viga. To wyjątkowo miękki, plastyczny brzmieniowo numer. Gitary momentami przywodzą namyśl grę Roberta Smitha z The Cure. Całość, choć wciąż brudna, chropowata, nabrała głębi, zyskała przestrzeń i dodatkowe barwy.



Kawałek został zarejestrowany w Sound City Studios na początku 1991 roku. Na solo gitarowe potrzebne były dwa podejścia, na wokale trzy (choć i tak wykorzystano pierwsze nagranie). Członkowie Killing Joke zarzucali, iż riff „Come As You Are” to plagiat z ich kawałka „Eighties” z 1984 roku, ostatecznie nie wnieśli jednak pozwu.

Napis „Come As You Are” widnieje na tablicy przy wjeździe do rodzinnego miasta Kurta Cobaina, Aberdeen.

„Scoff”

Gimme back my alcohol, Gimme back my alcohol, Gimme back my alcohol, Gimme back my alcohol, Gimme back my alcohol, Gimme back my alcohol, Gimme back my alcohol Taki refren musiał zapaść w pamięć młodemu człowiekowi, który właśnie wchodził w imprezowe życie. I zapadł, do tej pory zdarza mi się przy okazjach towarzysko-driknowych cytować słowa utworu „Scoff”. Na pewno jednak nie wryłyby mi się one w mózg, gdyby nie niosła ich dobra piosenka. Nerwowa, rozedrgana, garażowa, że aż miło, z gitarą w stylu Sonic Youth i tym kapitalnym zapętlonym rytmem. Przyznam, że po latach niesłuchania płyt Nirvany, to jedyny numer z „Bleach”, który naprawdę pamiętam.

„Rape Me”

Jest w tej piosence coś niesłychanie mocnego, niemal wsysającego emocjonalnie. Beznamiętny w zwrotkach głos skontrastowany z krzykami Cobaina w końcówce tworzy potężnie oddziałującą mieszankę. „Rape Me” to dla mnie kwintesencja Nirvany. W jednej piosence zawarte zarówno jej bardziej liryczne, gorzkie oblicze, jak i to gniewne, agresywne. Idealne połączenie surowości, oszczędności brzmienia a zarazem drygu do melodii i pewnej delikatności, wrażliwości tu wyrażonej akustyczną gitarą. Muzycznie, a raczej motorycznie „Rape Me” jest powolniejszym kuzynem „Smells Like Teen Spirit” (posłuchajcie początku obydwu kawałków).

Kiedy Cobain nagrywał po raz pierwszy wokale do „Rape Me”, na kolanach trzymał swą malutką wówczas córkę Frances Bean Cobain, której płacz da się usłyszeć na wersjach demo.

„Sliver”

Ręka do góry, kto kazał mamie/babci wydziergać na drutach sweter w czerwone pasy, taki, jaki miał Kurt w klipie do „Sliver”? Nirvana to ikona grunge’u, mistrzowie brudnego, momentami niechlujnego grania, ale także, o czym czasem zapominamy, kapela od cudownie melodyjnych piosenek. „Sliver” to przecież hicior. Pod przesterowanymi gitarami i perkusyjnym łomotem kryje się nośny, lekki, bezpretensjonalny, wpadający w ucho numer. Na dodatek tak bezczelnie prosty.

„In Bloom”

„In Bloom” trzeba wymienić chociażby z uwagi na klip. Jeśli ktoś myślał, że Dave Grohl zaczął wygłupiać się dopiero przy teledyskach Foo Fighters niech przypomni sobie filmik do czwartego singla z „Nevermind” (reżyseria Kevin Kerslake, nagroda MTV Video Music Awards w kategorii Najlepsze alternatywne wideo). Piosenka ma ciekawy leniwy, wręcz ociężały zblazowany rytm i zgrzytliwe solo też mi się podoba.

„Where Did You Sleep Last Night” („MTV Unplugged”)

Na początku lat 90. koncerty z serii „MTV Unplugged” były wielkim wydarzeniem. Jeszce większym, kiedy akustycznie występowała Nirvana. Przy świecach, z towarzyszeniem wiolonczeli. Wydawać by się mogło, że bez prądu Nirvana straci swą energię, siłę. Nic bardziej mylnego. Paradoksalnie, momentami było jeszcze bardziej surowo, bardziej ekspresyjnie i niezmiennie autentycznie. Z występu, który kapela dała 18 listopada 1993 roku można wybrać dowolny numer, ponieważ wszystkie wypadły co najmniej znakomicie. Ja jednak przez długie lata nie mogłam uwolnić się od „Where Did You Sleep Last Night”. Choć to cover, a w zasadzie interpretacja tradycyjnej piosenki, brzmi jak Nirvana, a ładunek emocjonalny to prawdziwa bomba.

„Smells Like Teen Spirit”

W pierwszym odruchu, z przekory i trochę dla prowokacji chciałam pominąć „Smells Like Teen Spirit”. Nie będę ukrywać, że ten numer mi się najzwyczajniej przejadł. Nawet na torturach nie przyznałabym też, że to najlepsza piosenka Nirvany. Wszystkie wymienione wyżej kawałki lubię bardziej i lubiłam bardziej 20 lat temu. Nie można jednak tego utworu pominąć. „Smells Like Teen Spirit” to bowiem kawał rockowego grania. To hymn mojego pokolenia, symbol i kwintesencja lat 90., jeden z największych utworów w muzyce rockowej i naprawdę nie da się tego inaczej ocenić.

W założeniu miał to być numer w stylu Pixies. Tytuł piosenki pomogła wymyślić koleżanka Cobaina Kathleen Hanna, która napisała na ścianie „Kurt Smells Like Teen Spirit”, gdzie Teen Spirit było nazwą dezodorantu. Kurt jednak nadał sloganowi głębszej interpretacji, a o tym, że chodziło o dezodorant dowiedział się już po wydaniu singla. Kawałek dotarł do 6. miejsca Billboard Hot 100. W samych jednak tylko Stanach rozeszło się milion kopii krążka w formacie CD i 1,724,000 w formacie cyfrowym.

Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.