8 najlepszych piosenek Justina Timberlake’a

Justin Timberlake fot. Archiwum


Justin Timberlake jest George’em Clooneyem muzyki. Zdolny, uroczy, przystojny i z wiekiem coraz przystojniejszy, a to, co obciachowe ma za sobą. Ma styl i klasę, i w odróżnieniu od koleżanek z klubu Myszki Mickey (Britney i Christiny) cały czas się rozwija i zaskakuje muzycznie.

„Sexyback”

Najbardziej seksowna piosenka pierwszej dekady XXI wieku? Na pewno top 5. Justin Timberlake wrócił jako mężczyzna. Nie tylko jeśli chodzi o wygląd, ale przede wszystkim artysta. Słychać, że facet, wie czego chce i w którym kierunku zmierza. Że chce być największym popowym artystą swoich czasów. „Sexyback” to właśnie jego przepustka do tego świata. Piosenka, dzięki której nie jest już postrzegany jako chłopiec z boysbandu czy chłopiec Cameron Diaz. Numer bezapelacyjnie popowy, przebojowy, ale z zaskakującym, alternatywnym sznytem. Odrobiną rockowej buty, kapitalnie współgrającą z tanecznym klimatem. Brawa dla Timbalanda, który choć nie wyzbył się swych wyświechtanych sztuczek, tym razem przekuł je w tętniące cacko. Sam Timberlake powiedział, że numer brzmi, jakby David Bowie i David Byrne wykonywali „Sex Machine” Jamesa Browna. Aż tak mnie wyobraźnia nie poniosła, ale coś w tym jest.



Choć recenzje nie były entuzjastyczne, był to pierwszy numer 1 Timberlake’a na Billboard Hot 100.

„Señorita”

Pamiętam, jak kolega z wytwórni na siłę wciskał mi debiutancką płytę Justina Timberlake’a, zapewniając, że jest świetna. Wzbraniałam się rękami i nogami, bo jakoś nie wierzyłam, że blondasek z ‚N Sync może mnie oczarować, szczególnie, że fanką tego zespołu akurat nigdy nie byłam. Usłyszałam jednak ” Señoritę” i się zakochałam. Kapitalna, przesiąknięta R&B piosenka, z jazzowym flirtem, latynoskim kolorytem, ozdobiona fikuśnym krowim dzwonkiem i bajecznym, pełnym uroku damsko-męskim dialogiem. Do tego taka fajna pulsacja, która wskazuje, że rzeczywiście za inspirację mogła posłużyć twórczość Steviego Wondera.

„Let the Groove Get In”

Nie powiem, żebym zakochała się po uszy w albumie „The 20/20 Experience”. To dobra, ambitna płyta, z wieloma mocnymi punktami, ale mój dzień nie jest zrujnowany, jeśli nie posłucham całości. Co innego jeśli chodzi o piosenkę „Let the Groove Get In”. Może codziennie jej nie słucham, ale bardzo, bardzo często. Bo to przecudna rzecz. Porywająca, pozytywna, kolorowa, pięknie funkowa, z afrykańskim klimatem (zawiera sample „Alhamdulillaahi” z wydawnictwa „Explore Series: Africa-Burkina Faso: Rhythms of the Grasslands”) i groove’em. Mój szef przez lata nie pozwolił mi używać słowa „groove” (bo nie wiedział, co ono oznacza;)). Fakt, trudno to wytłumaczyć, opisać (wikipedia podaje, że to rodzaj pulsującego rytmu czy bujania), ponieważ groove się czuje. To, co czujecie (chociażby w biodrach), słuchając piosenki „Let the Groove Get In” to właśnie groove.

To jeden z wielu utworów pokazujący, jak wielki wpływ na Justina Timberlake’a miał Michael Jackson. Włączcie sobie „Wanna Be Startin’ Somethin'”, a przekonacie się, że mam rację.

„What Goes Around… Comes Around”

Nie lubię ballad. Ani rockowych, ani popowych. „What Goes Around… Comes Around” też nie lubiłam, chyba z automatu, na zasadzie, że skoro wolne, to fe i be. Musiałam się jednak nauczyć lubić tę piosenkę, bo przez pewien czas była wszędzie, co – przyznaję dziś ze skruchą – było uzasadnione. Utwór jest świetny. Romantyczny, seksowny i klasyczny. Kawałek z kategorii „jakim cudem wcześniej nikt tego nie nagrał”. Smakowicie zaaranżowany i, co zapewne potwierdzą panowie, ze smakowitym teledyskiem. Dowody? Nagrody Grammy i MTV Video Music Awards. No i ten karuzelowy rytm też mniam.

„Bye Bye Bye” (‚N Sync)


Jak wspominałam, fanką ‚N Sync nie byłam. Generalnie żadnego boysbandu, bo kiedy Take That i inne Just 5 oraz ‚N Sync święciły triumfy, ja byłam zdeklarowaną fanką rocka gardzącą popem (taki głupi wiek). Na szczęście z czasem człowiek mądrzeje i docenia też dobry pop. „Bye Bye Bye” to właśnie dobry pop. Owszem, z bardzo sprecyzowanym targetem, naiwny, prosty, by nie powiedzieć banalny, nasączony tanecznym klimatem, ale niezmiennie dobry. Nawet klip, jak na boysband dobry, a przynajmniej pomysłowy.

„Rock Your Body”

Chyba nie myśleliście, że zapomnę o „Rock Your Body”. Faza przejściowa między chłoptasiem a mężczyzną, ale postęp widać. Wciąż raczej popik, niż pop, ale już nie cukierkowy. Dobry bit, buja przyjemnie. Jak na większości numerów z płyty „Justified” i tu słychać wpływy Jacksona i Steviego Wondera. To pierwsze wyjątkowo nie powinno dziwić, bowiem numer miał się znaleźć na płycie Michaela „Invincible”, ten jednak – ku zapewne radości Justina – odrzucił numer z kilkoma innymi.

Za żeńskie partie wokalne odpowiada Vanessa Marquez. „Rock Your Body” pewnie i tak okazałoby się hitem, ale pewien incydent pomógł skutecznie wypromować nagranie. To właśnie podczas wykonania tej piosenki doszło do „nipplegate”. Dla przypomnienia, podczas koncertu w przerwie Super Bowl w 2004 roku Justin tak się wczuł, że w ekstazie „niechcący” zdarł kostium towarzyszącej mu na scenie Janet Jackson, obnażając jej pierś i, o zgrozo, ozdobiony sutek! (stąd nipplegate, czyli afera sutkowa).

„Sexy Ladies/Let Me Talk To You Prelude”

„Sexy Ladies” to świetny przykład na to, że Justin nie tylko chciał/chce być kolejnym Michaelem Jacksonem, ale i nowym Prince’em. Futuro-retro R&B (jak dziwnie by to nie brzmiało). Prościej mówiąc nieco disco i nieco kosmicznych, syntetycznych dźwięków oraz mięciutki funk. Druga część pachnie latino i choć Timbaland trochę za bardzo wepchał się na pierwszy plan, perkusyjnie i rytmicznie jest miodzio.

„Take Back the Night”

Sequel „The 20/20 Experience” trochę mnie rozczarował, ale nie „Take Back the Night”. Nie będę nikomu wmawiać, że to wybitna piosenka, bo wszystkie wymienione wyżej są lepsze, ale ileż tu klasy, elegancji, wysmakowania. No i te dęciaki. Nic dziwnego, że Tom Ford zaprojektował dla Justina i jego ekipy stroje na trasę promującą płyty.

Justin Timberlake zagra 19 sierpnia na PGE Arenie w Gdańsku. Artysta jest obecnie w trasie w Europie. 17 maja zagrał w Moskwie na Stadionie Olimpijskim. Poniższa setlista tego koncertu świadczy o tym, że wokalista przynajmniej częściowo zgadza się z naszym wyborem najlepszych piosenek. 7 kompozycji podczas koncertu w Moskwie pochodziło z albumu „FutureSex/LoveSounds”, 5 z „The 20/20 Experience”, 5 z „The 20/20 Experience 2 of 2” oraz 4 z „Justified”. Organizatorem polskiego koncertu jest MJM Prestige.

„Pusher Love Girl”
„Gimme What I Don’t Know (I Want)”
„Rock Your Body”
„FutureSex/LoveSound”
„Like I Love You”
„My Love”
„TKO”
„Summer Love”
„LoveStoned”
„Until the End of Time”
„Holy Grail” (Jay Z cover)
„Cry Me a River”




„Only When I Walk Away”
„Drink You Away”
„Tunnel Vision”
„Señorita”
„Let the Groove Get In”
„Heartbreak Hotel” (Elvis Presley cover)
„Not a Bad Thing”
„Human Nature” (Michael Jackson cover)
„What Goes Around… Comes Around”
„Take Back the Night”
„Jungle Boogie” (Kool & The Gang cover)
„Murder”
„Poison” (Bell Biv DeVoe cover)
„Suit & Tie”
„SexyBack”
„Mirrors”


Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.