8 najlepszych piosenek października 2014

Kiesza fot. Universal Music Polska/NajlepszePiosenki.pl

Super hiper absolutnie subiektywny wybór najlepszych piosenek października 2014. W kolejności alfabetycznej: AC/DC, Dead Man Funk, The Dead Weather, Foo Fighters, Kendrick Lamar, Kiesza, Mary Komasa, Willow Smith.

The Dead Weather – „Buzzkill(er)”

Bilety na koncerty Jacka White’a w Krakowie sprzedały się w rekordowym tempie. Superpłodny artysta może liczyć w naszym kraju na wielką przychylność nie tylko ze względu na polskie korzenie. Polacy lubią rockowe, gitarowe granie z lekką bluesową domieszką, a w tej dziedzinie Jack White jest mistrzem. W „Buzzkill(er)” gitara wysuwa się zdecydowanie na pierwsze miejsce, a wokal Alison Mosshart wydaje się jedynie dodatkiem.



Kompozycja trafi na kolejna płytę The Dead Weather, która powinna się ukazać w 2015 roku.

Willow Smith – „Cares”

Dopiero niedawno się zorientowałem, jaką krzywdę swoim dzieciom zrobili Will Smith i Jada Pinket Smith. Nadali im bowiem swoje imiona tylko że odwrotnie. Ta zbrodnia najwyraźniej jednak nie wywarła na dzieciach wielkiego wrażenia i szybkim krokiem zmierzają po śladach rodziców, czyli robią karierę w show-biznesie. Pierwszy singel Willow Smith „Whip My Hair” ma już 100 milionów odsłon na YouTube. Bardziej niż tamta piosenka sprzed czterech lat interesujący wydaje się nam nowy image 14-letniej dziewczyny (wczoraj miała urodziny). Czarno-białe fotografie, a przede wszystkim muzyka – zupełnie inna niż pierwsze próby młodej artystki. Słychać, że Willow ostatnio częściej słucha Eryki Badu niż Rihanny. Poniżej króciutkie arcydzieło 14-latki. Tylko perkusja i jej głos a brzmi to jakoś tak znakomicie.

Dead Man Funk – „Untitled 1”

Fascynaci starych winyli wracają po dwóch latach od debiutu. „Instrumental Album Vol. 2” to, jak mówią sami autorzy, oldschoolowy prawdziwy hip-hop. Inspiracji muzycy szukali głównie na płytach z lat 70. Choć panowie z Dead Man Funk nadal chcą pozostać anonimowi nam to nie przeszkadza – byleby nagrywali cały czas tak fajne kawałki.

Kendrick Lamar – „i”

Kendrick Lamar w kawałku „i” śpiewa, że kocha siebie samego. To dobrze, bo my kochamy jego. Niby mamy do czynienia jeszcze z hip-hopem, ale przecież już refren z rockową gitarą i funkowym rytmem zupełnie spokojnie mógłby trafić na album… każdego popowego artysty. Ale jest to pop najwyższej jakości. Rapowanie Kendricka Lamara oczywiście na najwyższym poziomie. Czekamy niecierpliwie na drugi album twórcy.

Kendrick Lamar wykorzystał w piosence fragment utworu „Who’s That Lady?” The Isley Brothers. Nie skorzystał jednak z samplowania, lecz nagrał fragment ponownie.
Piosenka ukazała się co prawda 23 września, ale już tekstówka pojawiła się w październiku wiec się liczy 🙂

Kiesza – „No Enemiesz”

Powiedzmy sobie szczerze, „No Enemiesz”, to nie jest taka petarda jak „Hideaway”. Jakoś jednak podchodzi nam dyskoteka w wykonaniu Kieszy, a przy tym mega pozytywny tekst też robi wrażenie. Kiesza też bardzo fajnie tańczy no i się… rozbiera.

Foo Fighters – „Something from Nothing”

Jeśli chcieć rozbudzić apetyt fanów przed premierą płyty i sprawić, by niecierpliwie przebierali nóżkami, to właśnie tak. „Something from Nothing” zaczyna się spokojnie, niepozornie, wręcz nijako. Takie balladowe granie. Mija półtorej minuty i pojawia się delikatne rozdrażnienie, pewien nerw, ale znów wraca gładkie ładne śpiewanie i grzeczne granie. Gdyby ta piosenka skończyła się przed 3. minutą, byłaby to jedna z bardziej przeciętnych w dorobku Foo Fighters. Na szczęście tak się nie dzieje, a druga połowa to pełen pasji, zadziorny, pięknie nabierający masy i szybkości rockowy numer z popisem grohlowego mordy-darcia. Pod względem kontrastów, pewnej struktury zbudowanej na przeciwieństwach i rosnącej dynamiki, można „Something form Nothing” porównać do „The Pretender”, a o lepsze odniesienie, jak wiemy, ciężko.

Numer zapowiada płytę „Sonic Highways”, która ukaże się 10 listopada. Każdy z utworów powstawał w innym studiu w Stanach Zjednoczonych. „Something from Nothing” nagrano w należących do Steve’a Albiniego (ten od „In Utero” Nirvany) Electrical Audio w Chicago.

Czytaj więcej o najlepszych piosenkach Foo Fighters.

AC/DC – „Play Ball”

Ciekawe co było pierwsze, propozycja z Major League Baseball i stacji TBS, czy piosenka AC/DC? Najnowsza kompozycja australijskiej kapeli została wykorzystana w spotach promujących rozgrywki bejsbolowej ligi i związane z nimi pogramy telewizyjne. Jednocześnie to pierwszy singel zespołu z nachodzącej płyty „Rock or Bust” (premiera 28 listopada). Numer jest jasnym sygnałem do fanów – pomimo problemów, muzycznie jest dobrze i wciąż gramy swoje. „Play Ball” to klasyczne AC/DC, średnie tempo, wyrazista perkusja, skrzekliwy acz mocny wokal. Może przydałby się jakiś charakterny, soczysty riff, ale nie ma co wybrzydzać i narzekać. Jest naprawdę OK.

Czytaj więcej o najlepszych piosenkach AC/DC.

Mary Komasa – „City of My Dreams”

Każdy miłośnik smutnych, melancholijnych dziewczyn, od razu zakocha się w Mary. W jej singlu „City of My Dreams” jest coś z sennego klimatu nagrań Lany Del Rey, ale i coś szlachetnie skandynawskiego. Jak wyjaśnia wokalistka, utwór ze ślicznymi metalicznymi gitarami traktuje o konflikcie pomiędzy rzeczywistością a utopijnym światem wspomnień, w który uciekamy. Teledysk powstał w Nowym Jorku, w zabytkowym domu pastora na Brooklynie oraz w Chorus Karaoke Club na Manhattanie. Na całą płytę Komasy trzeba będzie poczekać do przyszłego roku.

Komentarze

Wojciech Duś

Wojtek Duś widział więcej koncertów niż zjadł kotletów, a kotlety lubi. Lubi też hip-hop, elektronikę i rock alternatywny. Pracował w korporacjach, ale niezbyt długo. Ulubiona wokalistka: Janelle Monáe. Ulubiony raper: Kendrick Lamar.