9 najlepszych piosenek Soundgarden z płyty „Superunknown”

Soundgarden fot. Archiwum Zespołu

Nie ma się co rozpisywać, bo każdy wie, że „Spoonman” Soundgarden to ultragenialny kawałek i rytmiczna orgia.

W latach 90. nie było internetu ani festiwali. Nie było opcji (o ile nie pracowało się w poważnym medium), by posłuchać album przed premierą. Nim kaseta/płyta CD pojawiła się w sprzedaży (nierzadko ze sporym opóźnieniem), znało się jeden, dwa utwory z radia bądź MTV. Wszystko to sprawiało, że nowych krążków słuchało się z namaszczeniem. Jak tylko jakiś szczęśliwiec wszedł w posiadanie nowego dzieła ulubionej kapeli, zwoływał kolegów i koleżanki, by posłuchać razem (chyba, że był egoistą). Ewentualnie, gdy już się nacieszył i nie był nieufny pożyczał (czasem skrzętnie zapisując, kto i kiedy, i licząc mikroryski na srebrnej płytce).

Cały ten przydługi wstęp służy wyjaśnieniu, skąd takie czczenie albumów sprzed 20 lat. Czasy były inne, spokojniejsze, wolniejsze. Do muzyki podchodziło się z czcią. Nikt nie słuchał „Superunknown” Soundgarden, wypełniając excelowe tabelki w pracy czy z telefonu. Były rytuały, indywidualne, nienaruszalne sposoby zdejmowania folijki, wąchanie książeczki, studiowanie tekstów. Przez tygodnie słuchało się non-stop jednej płyty, bo nierzadko była to przez tygodnie jedyna nowa pozycja w zbiorze.

Nie było wyjścia, dzieła jak „Superunknown”, niczym mikroelementy, wnikały w system człowieka. W przypadku tak wspaniałych, przełomowych albumów jak „Superunknown” wiele osób dokładnie pamięta, kiedy i w jakich okolicznościach słyszało je po raz pierwszy.

– Włączył mi „Black Hole Sun”, a ja pamiętam, że pomyślałem, że to będzie coś wielkiego – wspomina Dave Grohl, gdy inżynier Adam Casper zaprezentował mu po raz pierwszy materiał z „Superunknown”. – Dla mnie to była idealna mieszanka The Beatles i Black Sabbath. Wcześniej na żadnej płycie nie udało się tego osiągnąć z takim sukcesem. Szczególnie w tej piosence. To było znacznie bardziej melodyjne i wyrafinowane niż cokolwiek, co powstało w Seattle. To była naprawdę wielka rzecz.

Ja po raz pierwszy słuchałam „Superunknown” z tatą, gdy pożyczył album ze sklepu płytowego. Jedyną piosenką, którą słyszałam wcześniej było „Spoonman”. Egzemplarz, który mam do dziś, odkupiłam od koleżanki z podstawówki, która dostała CD od taty mieszkającego w Stanach. Na mojej amerykańskiej wersji nie ma utworu „She Likes Surprises”. Kiedy w czerwcu ukaże się jubileuszowa reedycja, nadarzy się okazja, by pozyskać płytę z 16 kawałkami i całym mnóstwem dodatków. W sprzedaży będzie edycja Deluxe (2-płytowe wydawnictwo zawierające zremasterowany album oraz demo, nagrania z prób, numery ze stron B singli) oraz Super Deluxe Edition (5-płytowe wydawnictwo, które oprócz wszystkiego z deluxe, posiadać będzie ponadto Blu-ray Audio 5.1 Surround Sound, niepublikowane fotografie oraz 2-płytowe wydawnictwo winylowe z oryginalnymi, zremasterowanymi 16 utworami).

„Let Me Drown”

Piosenki otwierające płyty są cholernie ważne. Dobra potrafi sprawić, że z ekscytacją i nadzieją czekamy na kolejne, słaba, może solidnie zniechęcić. Trochę jak z opinią w szkole. Na dobrej można sporo przejechać, a słabszy materiał ocenić bardziej pobłażliwie. W przypadku czwartego krążka Soundgarden nie było problemu z tym, że muzyka jest słaba, ale „Let Me Drown” to smakowita zachęta, by zapoznać się z resztą. Mocny, piłujący, grząski riff, piękne krzyki Chrisa i niebalnalny spokojniejszy fragment, który przeradza się w pierwotny hałas.

Cornell twierdził, że to numer o powracaniu do łona i umieraniu.

„Fell on Black Days”

Niezmiennie zadziwia mnie jak niektóre elementy muzyczne, które wydają się codziennością, w pewnym momencie znikają. Przez długi czas normą było, że piosenki na koniec były wyciszane. Po prostu, grają, grają, nie mają pomysłu na finał, więc dźwięk staje się coraz cichszy. Inny patent, to mikrowstępy, jakiś okrzyk, odliczanie czy wystukiwanie rytmu pałeczkami jak w „Fell on Black Days”. Pewnie się to jeszcze zdarza, ale w tym przypadku mówimy aż o 12 sekundach, trwającej blisko 5 minut piosenki. Wiem, że Justin Timberlake nagrywa 7-minutowe single, ale obecnie rzadkością jest takie nadwyrężanie cierpliwości słuchacza. To jednak tylko mała dygresja. „Fell on Black Days” to najlepsza piosenka na „Superunknown” spośród tych wolnych, około balladowych. Pełna przestrzeni, z rozedrganym riffem i chórkami „uuuu” w stylu Eddiego Veddera. Tak szczerze smutna, a zarazem nieco gniewna.

„Mailmnan”

Gdyby ktoś miał wątpliwości, że Soundgarden to pilni uczniowie Black Sabbath, ta piosenka wszelakie rozwieje. Walec jest? Jest. Mrok jest? Jest. Niskie strojenia są? Są. Pięknie jest? Jak jasna cholera.

„Superunknown”

Są utwory, które z miejsca kojarzą mi się z pewnymi czynnościami (grzecznie proszę, bez sprośnych skojarzeń). Wygrażaniem zaciśniętą pięścią czy machaniem głową. W przypadku tytułowego nagrania zawsze mam przed oczami dwoje dzieci trzymających się na krzyż za ręce i kręcących dookoła co sił w nogach (czasem robią to też zakochane pary w ckliwych komediach romantycznych). Jest w tej piosence coś wirującego, karuzelowego, także energicznego, a jednocześnie beztroskiego, wyzwalającego. Poza tym mamy do czynienia z pozornie prostą, przebojową rockową piosenką, ale w „Superunknown” naprawdę dużo się dzieje, a kompozycja do najprostszych i najbardziej oczywistych nie należy.

„Spoonman”

Oto przykład na to, jak można mieć piosenkę wrytą w mózg. Jak długiej przerwy w słuchaniu tego kawałka bym nie miała, zawsze wiem, w którym dokładnie momencie Chris zrobi „oooh”. Generalnie nie ma się co rozpisywać, bo każdy wie, że to ultragenialny kawałek i rytmiczna orgia. Numer powstał z myślą o soundtracku do filmu Camerona Crowe’a, „Singles” („Samotnicy”), w którego realizację zaangażowani byli muzycy Soundgarden i Pearl Jam. W obrazie pojawiała się fikcyjna kapela Citizen Dick. Nim jednak stanęło na tym szyldzie, jedną z potencjalnych nazw było Spoonman. Za inspirację posłużył Artis the Spoonman, uliczny artysta z Santa Cruz i Seattle.

„Limo Wreck”

Najbardziej „niewygodna” piosenka w zestawie. Jest coś śliskiego, nieprzyjemnego, nawiedzonego w tym nagraniu, szczególnie w refrenie, w którym pojawia się sporo drażniących, wysokich dźwięków. To taki muzyczny odpowiednik horroru – może i niepokojący, ale wciągający jak diabli.

„Kickstand”

Pearl Jam ma „Do the Evolution”, a Soundgarden „Kickstand” – małą petardę. Półtorej minuty czystej energii.

„Fresh Tendrils”

Czy mówiłam już, że kocham bas? Cóż, kocham. We „Fresh Tendrils” mamy wspaniały, luźny, klangujący bas, to jednak, przy całej mojej miłości do tego instrumentu i dźwięków, jakie wydaje, nie jest największy atut tego utworu. Najlepsza w tej piosence jest dramaturgia. Od nieśmiałego, zapętlonego, niepozornego początku wiadomo, że „coś” się wydarzy. Panowie fantastycznie stopniują napięcie, co jakiś czas rozdając emocjonalne ciosy. Na koniec możemy już tylko leżeć na łopatkach.

„4th of July”

Jeszcze jeden sabbathowski walec, ale ten prawdziwie majestatyczny i monumentalny. Gdyby ta piosenka mogła przybrać formę, byłby to jakiś gigantyczny potwór wyłaniający się z ziemi, kroczący w rytmie „Kashmir”. Jeśli „Black Hole Sun” jest idealnym połączeniem The Beatles i Black Sabbath, tu mamy Led Zeppelin i Black Sabbath. Fenomenalna kompozycja, niesamowity ciężar, złowieszczy riff.

P.S. Sorry, Dave, ale naprawdę nie lubię „Black Hole Sun”.

Soundgarden będzie gwiazdą Life Festival Oświęcim. Kapela zagra na Stadion MOSiR 27 czerwca.

Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.