Drugi dzień Open’er Festivalu (Relacja + Najlepsze Piosenki)

Pearl Jam fot. Universal Music Polska/NajlepszePiosenki.pl


Mea culpa, mea maxima culpa, nigdy więcej nie nazwę Eddiego Veddera zgrzybiałym dziadkiem. Koncert Pearl Jam przejdzie do historii nie tylko z powodu frekwencji i setlisty nasyconej hitami, lecz dzięki znakomitemu kontaktowi zespołu z publicznością. A w czwartek do Gdyni zjechały tysiące fanów – od maleństw w nosidełkach po dinozaury rocka.

Chciałam zbagatelizować Pearl Jam, skupić się tylko na młodych-zdolnych. W słoneczku i ciepełku openerowicze wylegiwali się pod Open’er Stage przy dźwiękach MGMT. Przez pół godziny nowojorczycy w ogóle nie byli w stanie ich rozbudzić. Dopiero hit sprzed lat – „Time to Pretend” – stał się remedium na wszechogarniającą apatię. Choć inny przebój („Kids”) nie był ostatnim w secie grupy, to większość widzów czmychnęła po nim na koncert rewelacji sezonu – .

Najlepsza piosenka MGMT: „Electric Feel”

Przed sceną Here&Now takiego tłoku jeszcze w tym roku nie było. Dunka zaczęła z lekkim opóźnieniem, ale pod dwóch numerach kupiła publiczność. Nie dość, że zaprezentowała fenomenalny set (określenie wcale nie na wyrost), to miała genialny kontakt z publicznością. Bez przerwy schodziła ze sceny i tańczyła w tłumie. Widać, że „Pilgirim”, „Maiden” i „Fire Rides” są w Polsce hitami (o czym świadczy też nasza recenzja płyty „No Mythologies To Follow”).



Najlepsza piosenka MØ: „Don’t Wanna Dance”

Z ciężkim sercem opuszczałam MØ przed finałem, bo na Alter Stage w tym samym czasie grali Jagwar Ma. Brytyjska prasa się nimi zachwyca, porównuje do Tame Impala i Temples. Spodziewałam się psychodelicznego chillu, więc doznałam szoku wchodząc do namiotu. To, co działo się pod sceną, raczej przypominało obłęd niż imprezę. Gdy Australijczycy zagrali pierwsze dźwięki numeru „Come Save Me” publiczność wpadła w amok. Potwornie żałuję, że Jagwar Ma musieli skrócić set, by nie kolidować z show Pearl Jam. W czwartek to oni sprawili mi największą niespodziankę. Jeszcze długo po zakończeniu koncertu rozbawiona grupka śpiewała refren „Come And Save Me” i wrzaskami i tupaniem błagała zespół o powrót.


Najlepsza piosenka Jagwar Ma: „Come Save Me”

Tymczasem pod Open’er Stage zebrał się prawdopodobnie największy tłum tej edycji festiwalu. Pearl Jam zaczęli spektakularnie od „Go”. Po dwóch numerach pod sceną działy się dantejskie sceny, Eddie przerwał więc koncert, by ostudzić zapał fanów. Niczym dobry wujaszek przypominał, że pod sceną są kobiety i dzieci (bardzo rozsądne, drogie mamusie, doprawdy) i pozdrawiał szefa festiwalu. Zagrany chwilę później singiel „Mind your manners” bez wątpienia zyskuje tytuł najgłośniejszego i najbardziej drapieżnego numeru dnia. Zestaw największych hitów dopełniły przesłodkie potyczki Veddera z językiem polskim i studzenie zapału nadpobudliwych fanów. Kończący pierwszą część koncertu kawałek „Rearviewmirror” był popisem kunsztu Mike’a McCready’ego. Podczas bisów szlagiery „Porch” i „Alive” były pewniakami, ale tuż potem z Open’er Stage popłynęły dźwięki klasyka The Who – „Baba O’Riley”. Na scenę wbiegł Andrew Van Wyngarden z MGMT i uroczo wypiszczał jedną zwrotkę (śpiewem trudno to nazwać).

Poza horrorem pod samą sceną, koncert Pearl Jam można uznać za widowiskową imprezę dla każdego. Nawet w dalszych rzędach fani, którzy przyjechali do Gdyni tylko na jeden dzień, płakali ze wzruszenia. W opinii wielu był to najlepszy występ legend grunge w Polsce, a z pewnością bardziej udany niż ten na Open’erze w 2010 roku.

Najlepsza piosenka Pearl Jam: „Rearviewmirror”

Tuż po godzinie pierwszej, gdy tysiące fanów Pearl Jam rozjechało się do domów, scenę główną przejął kolektyw Rudimental. Surowe gitary zastąpiła wybuchowa mieszanka popu, funku, soulu i brzmień World. Czterech DJ-ów wokalnie wspierała m.in. zachwycająca Anne Marie Nicholson. W multigatunkowym secie pojawiły się hity rozgłośni radiowych – „Free” i „Waiting All Night”. Grupa poszła na żywioł, emanowała pozytywną energią i rozkręciła najlepszą imprezę tegorocznego Open’era.

Najlepsza piosenka Rudimental: „Feel The Love”

Prognoza na piątek: Lykke Li musi zmagać się z powstałym wczoraj kultem MØ, a Jack White niech lepiej postawi na klasyki The White Stripes, bo z obecnym plumkaniem w stylu country nie przebije tytanów z Pearl Jam.


Komentarze

Anita Ceglińska

Marzyła o siatkówce, a skończyło się na popkulturze. W ciągu dnia bada pokolenie Y, po godzinach recenzuje premiery filmowe i muzyczne. Choć spędza długie godziny na Tumblrze i konwentach, za nic nie przyzna się do bycia geekiem i obsesji na punkcie BBC i "Hannibala". Nie umie żyć bez koncertów. Jak każdy padawan Jacka White'a trzyma na parapecie dziesiątki płyt - powodów do dumy i wyrzutów sumienia. Kiedyś rzuci wszystko i wyjedzie na Islandię.