Foo Fighters w Tauron Arenie Kraków: 11 najlepszych piosenek

Foo Fighters fot. Sony Music/NajlepszePiosenki.pl

Jeśli mielibyście w życiu iść tylko na jeden koncert rockowy – MUSI to być Foo Fighters.

Kapela odwiedziła nasz kraj po raz pierwszy od 19 lat. Poprzednio występowali w Sopocie. Jak wspominał Dave Grohl, mieli wówczas jedną płytę, dwanaście piosenek i trochę się bali, bo jako support grała świetna polska metalowa kapela – Acid Drinkers (Dave nie pamiętał nazwy, ale pamiętał, że Titus robił groźne miny). Po blisko dwóch dekadach zagrali w wypełnionej Tauron Arenie, mając w dorobku osiem albumów i znacznie, znacznie więcej utworów. W Krakowie pokazali, na czym polega rockowy koncert. Nie chodzi – wbrew pozorom – o muzykę, lecz o dobrą zabawę. Zarówno na scenie, jak i pod nią. Chodzi o to, by śpiewać, krzyczeć, skakać, skandować, tańczyć, klaskać, udawać grę na gitarze i na perkusji, a przede wszystkim wymieniać się energią ze swoimi idolami.



Foo Fighters mają tę przewagę nad wieloma rockowymi formacjami, że grają dla frajdy. To grupa kumpli, która lubi siebie i lubi rock and roll (i nie tylko, Grohl miał na sobie koszulkę Mastodon a Taylor Hawkins – Yes). Tak po prostu. Rzecz nie do podrobienia, nie do wyuczenia. I to czuć, i jest to zaraźliwe niczym nieznikający z twarzy Grohla uśmiech. Grohla, który – nota bene – nadal ma nogę w gipsie i występuje na „tronie”, a mimo to ma więcej powera niż połowę młodsi, całkiem sprawni gówniarze. Oto 11 najlepszych piosenek Foo Fighters zagranych w Tauron Arenie w Krakowie.

„Everlong”

Zaczęło się za czarną płachtą z logo Foo Fighters. Mocny początek mocnego koncertu. Zespół przywitany został flagą zrobioną z białych i czerwonych kartek trzymanych przez publiczność (odpowiednio na trybunach i płycie). Już od tej piosenki, wiadomo było, że Dave Grohl nie zamierza oszczędzać gardła i będzie się wydzierał (nawet nie krzyczał), kiedy tylko się da.

„Learn to Fly”

Akcje fanowskie na koncertach zazwyczaj są… średnie. Robienie flagi nieco spowszedniało, a inne pomysły często są po prostu słabe. Nie tym razem. Fani Foo Fighters wymyślili coś genialnego. Na „Learn to Fly” kartki, z których powstała flaga zmieniły się w samoloty. Tysiące latających papierowych samolocików było przezabawne i megacool. Grohl niemal wypadł z rytmu, bo na ich widok szczerze zaczął się śmiać.

„The Pretender”

Chyba nie trzeba nikogo przekonywać, że „The Pretender” to piosenka wprost stworzona na koncerty. Dynamiczna, żywiołowa, pełna dramaturgii. W wersji live nieco wydłużona o rockandrollową wstawkę w środku, w trakcie której Dave Grohl podniósł się z tronu, którym uprzednio przejechał po wybiegu w głąb hali, i zaczął tańczyć. Był to bodaj piąty numer tego wieczora i dopiero po nim Foo Fighters na chwilę się zatrzymali. Przez pół godziny doświadczyliśmy wysokooktanowego, nieprzerwanego (piosenki przechodziły jedna w drugą) rockowego naparzania.

„Big Me”

Po „The Pretender” Foo Fighters musieli nieco ochłonąć, więc przyszedł czas na „balladę”. „Big Me” wykonane zostało w wolnej, delikatnej wersji w romantycznej aurze – Dave kazał przygasić światła i rozświetlić krakowską Arenę telefonami (jedyne uzasadnione używanie komórek na koncertach). Przed tym kawałkiem Dave Grohl zrobił coś absolutnie fantastycznego, a mianowicie opowiedział o tym, jak powstał jego tron, nawet pokazał szkic, zaznaczając, iż to dzieło znakomitej ekipy, która towarzyszy Foo Fighters. Na telebimach pojawiły się twarze akustyków, oświetleniowców, technicznych i wszystkich tych, którzy pilnują, by ta koncertowa machina działała tak sprawnie.

„Cold Day in the Sun”

Jeden z dwóch numerów, które zaśpiewał niezniszczalny Taylor Hawkins (koleś tak zasuwa na perkusji, że nie mam pojęcia, jakim cudem może jeszcze śpiewać). Wykonanie poprzedzone zostało przedstawieniem kapeli (wiecznie uśmiechnięty Pat Smear został bardzo gorąco powitany), minisolówkami i odegraniem fragmentów kilku coverów (m.in. „You Really Got me” The Kinks). Bębniarz w ramach przedstawienia się, zabawił się w Freddiego Mercury’ego i wyszło mu to naprawdę dobrze. Drugi numer, który Hawkins zaśpiewał (już w dalszej części koncertu) to brzmiąca potężnie przeróbka „In The Flesh” Pink Floyd.

„My Hero”

„My Hero” to jest jedno wielkie sing-along, czyli chóralne śpiewanie „There goes my hero/Watch him as he goes/There goes my hero/He’s ordinary”.

„Arlandria”

Nic nadzwyczajnego się w czasie tego utworu nie działo, trochę Dave Grohl poszeptał, ale to po prostu przepyszna rockowa piosenka, pełna emocji i napięcia.

„White Limo”

Czysta wściekłość, rockowa furia. Darcie ryja i galopada. Podobno pewnego rodzaju rarytas, bo nie na wszystkich koncertach Foo Fighters grają ten numer.

„Skin And Bones”

Nieco mniej znany i na pewno mniej doceniany utwór Foo Fighters. Chyba najbardziej folkowa piosenka w repertuarze Amerykanów. Dość niepozorna, ale kapitalnie się rozkręca i rozpędza. Poza tym, jak często na rockowym koncercie słyszycie… akordeon?

„All My Life”

No chyba wiadomo.

„Best of You”

Nie mogło być innego finału. Dave Grohl już wcześniej powiedział, że nie lubią bisów, sztucznego udawania, że schodzą ze sceny, więc grają dopóki jest energia, nieco ponad dwie godziny. „Best of You” jest pięknym zwieńczeniem show. Po pierwsze każdy lubi śpiewać „łoooUłoo” szczególnie w wielotysięcznym tłumie. Po drugie to taka szczera, grana i śpiewana prosto z serca piosenka. Nim zaintonowano „Best of You”, Dave powiedział coś, co wyjaśnia sens koncertów i stanowi ich kwintesencję. – Kiedy zaczynaliśmy grać, nie znałem nikogo, teraz znam was wszystkich – spuentował lider Foo Fighters.

Obiecał też, że wrócą wcześniej niż za 19 lat i trzymamy go za słowo.

Czytaj też recenzję albumu „Sonic Highways”.

Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.