Lana Del Rey – „Ultraviolence” (Recenzja + Video + Odsłuch)

Lane Del Rey "ultraviolence" fot. Universal Music Polska

Najlepsze Piosenki Oceniają



Dan Auerbach z The Black Keys i Lana Del Rey – najbardziej niespodziewany duet od czasu, gdy Timbaland pracował z Chrisem Cornellem.

Poznali się poprzez przyjaciela rockmana, Toma Elmhirsta w Nowym Jorku. – Spędzaliśmy wieczór ze znajomymi i spotkaliśmy Lanę, nie znałem jej wcześniej – wspomina współtwórca przeboju „Lonely Boy”. – Prawdę mówiąc, nie znała mojej muzyki, a ja wcześniej nie słyszałem jej piosenek. Wiedziałem, kim jest, ale tylko z mediów. Kiedy zaczęliśmy rozmawiać o muzyce, okazało się, że mamy wiele wspólnego.

Kiedy muzyk dowiedział się, że Lana Del Rey będzie przez kilka dni w Nashville, zaprosił ją do studia. Początkowo miał pomóc artystce przy jednej piosence, był jednak pod tak wielkim wrażeniem, że z trzech dni zrobiły się dwa tygodnie i nagrał z nią całą płytę „Ultraviolence” (jest producentem 8 z 11 utworów).



– Jej dema był tak dobre, jej piosenki tak silne, że chciałem zebrać swoich ulubionych muzyków i nadać im mojego brzmienia – opowiada. – Nie chciałem jednak przy nich zbyt majstrować, wywracać ich do góry nogami. Śpiewała z 7-osobowym zespołem, tak nagrywaliśmy całą płytę. Wszystko na żywo, żadnych poprawek.

Choć muzyk był pozytywnie zaskoczony umiejętnościami i talentem 27-latki, współpraca nie zawsze układała się gładko. – Były momenty, kiedy walczyliśmy – dodaje. – Miałem wrażenie, że bała się, iż ludzie pomyślą, że nie ma nad tym pełnej kontroli. Sądzę, że trudno jest być kobietą w show-biznesie. Kilka razy się więc starliśmy, ale na koniec dnia, tańczyliśmy do piosenek.


RECENZJA Lana Del Rey – „Ultraviolence”

Nową płytą Lana Del Rey udowadnia, że nie przez przypadek jest jedną z największych gwiazd współczesnego popu.

Lana Del Rey ma konkretny pomysł na siebie, znalazła swą niszę i jest konsekwentna w swych muzycznych i stylistycznych poczynaniach. Na dodatek, usankcjonowała swoją twórczość, angażując do współpracy Dana Auerbacha z The Black Keys.

„Ultraviolence” to wciąż senny pop o kinowym, lekko mrocznym klimacie. Na drugiej płycie Lany Del Rey mniej jednak stylizacji, hollywoodzkiego blichtru, patetycznych uniesień. Nadal mamy zwiewne, tkane z delikatnych nitek kompozycje. Rozmarzone, czasem leniwe, wręcz błogie (numer tytułowy). Nie brakuje nut skradzionych z soundtracków filmów Davida Lyncha, klimatu rodem z filmów noir z lat 50. czy skojarzeń z porankami na Venice Beach w latach 60., słowem retro. Całość jest jednak bardziej rockowa (co nie znaczy mocniejsza, agresywna), gitarowa („West Coast”), organiczna, naturalna, na swój sposób szlachetna. Nowe piosenki są mniej wygładzone, mniej kolorowe, mają bardziej chropowatą strukturę, piaskową fakturę i malowane są przytłumionymi barwami.

Album „Ultraviolence” ma jeden konkretny atut – wypełniony jest dobrymi lub bardzo dobrymi piosenkami. Słucha się tego krążka z dużą przyjemnością, bez irytacji i poczucia, iż obcujemy z czymś sztucznym.

Premiera: 16 czerwca 2014
Wydawca: Universal Music Polska

Najlepsze piosenki:

'West Coast', 'Brooklyn Baby', 'Fucked My Way Up to the Top', 'Ultraviolence'


Komentarze

Podsumowanie Najlepszych Piosenek

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.