Pierwszy dzień Open’er Festivalu (Relacja + Najlepsze Piosenki)

Haim fot. Universal Music Polska/NajlepszePiosenki.pl


The Black Keys, wybaczcie, ale to wiedźmy Haim zgarniają wszystkie nagrody za pierwszy dzień Open’er Festivalu.

Przez ostatnie pół roku nadwrażliwi internauci narzekali, że po odejściu sponsora tytularnego Open’er zejdzie na psy. Bilety są za drogie, line-up za późno ogłoszony i mało gwiazdorski. Jeden z dzienników nazwał festiwal „muzycznym spędem”, bo Open’er Festival już nie jest świętem muzyki a mekką szpanerów, ofiar mody i niewolników Instagramu. I rzeczywiście, już w poniedziałek po peronach dworca centralnego pomykały dziewczęta w cmentarnych wiankach i strzelały słit-focie. Prasa, zamiast o muzyce i sztuce, wałkowała temat festiwalowych stylizacji. Sam Open’er Festrival też poddał się presji mediów społecznościowych, bo na telebimach zamiast klipów z zeszłorocznej edycji wyświetlano „oficjalny hasztag festiwalu”.

Nie chcę sama wpaść w pułapkę foteczek i filtrów, więc wracam do muzyki. Rozpoczęłam nietypowo – od show uwielbianej w stolicy grupy „Pożar w burdelu”. Jeżeli podoba wam się absurdalny humor, nie oburzają obsceniczne żarty i krągłości zdrowych Polek, to wpadajcie do Alter Kina, gdzie spektakl grany jest codziennie.



Tuż po dwudziestej na głównej scenie jako pierwsi grali szykowni panowie z Interpolu. Od razu dało się zauważyć, że w tym roku frekwencja nie zachwyca, a poza pierwszymi rzędami ludzie są mało ruchliwi. Amerykanie nie grali długo, ale zdążyli zaprezentować materiał z nadchodzącego krążka ze świetnym „Anywhere” na czele. Spośród hitów mnie zabrakło niezawodnego „Barricade”.

Najlepsza piosenka: „Anywhere”


Chłodne, gitarowe brzmienia Interpolu miały być tylko przygrywką przed szalonym koncertem gwiazd wieczoru – The Black Keys. Problem w tym, że owego szaleństwa zabrakło. Carney i Auerbach oczywiście zagrali dobry, garażowo-bluesowy set, ale byli potwornie przewidywalni. Dan kokietował publiczność stwierdzeniami w stylu „jesteście fajniejsi niż Glastonbury”, a solówki były aptekarsko wymierzone – zero żywiołowości. Oczywiście najlepiej sprawdziły się hity „Lonely Boy” i „Fever”, w całości wyskandowane przez tłum.

Najlepsza piosenka: „Lonely Boy”

Wrażenie niedosytu zupełnie zniwelowały siostry z Haim. Tent Stage pękał w szwach, a przednie rzędy okupowały najbardziej stylowe blogerki Open’era. Spodziewaliście się godziny eleganckiego popu? Nic z tego. Danielle Haim zaserwowała drapieżny, euforyczny jam, który bardziej kojarzy się z punkowymi girlsbandami w stylu Savages niż modnymi panienkami. The Black Keys, wybaczcie, ale to wiedźmy Haim zgarniają wszystkie nagrody za środę.

Najlepsza piosenka: „My Song 5”

Po koncercie Haim miałam wybór: albo skazać się na półtorej godziny pisków na Foster The People, albo odpłynąć przy dźwiękach setu Jamiego xx. Drugą opcję poza mną wybrał potężny tłum, który w rezultacie nie zmieścił się pod Beat Stage. O ile koncert The XX na Open’erze wspominam jako nudny i smętny, to set Jamiego Smitha był po prosu magiczny.

Najlepsza piosenka: „Sleep Sound”

Wszyscy się cieszą, bo słoneczko grzeje, namioty są suchutkie, a ulewy nie zalewają scen. Sztuka przekracza kolejne granice, skoro uznajemy za nią wielki snop siana, a w teatrze pojawia hardcore’owa adaptacja znienawidzonej lektury. Jedynym zgrzytem pozostaje forma ochroniarzy. W czasie koncertu The Black Keys w okolicach barierek panował chaos, porządkowi nie nadążali z wyciąganiem omdlałych widzów i wdawali się w pyskówki z wstawionymi Brytyjczykami.

Prognozy na czwartek: na Pearl Jam powieje klasyką, Rudimental rozkręci piorunującą imprezę na Open’er Stage, a deszcz ochów i achów spadnie na MØ i formację Bokka.


Komentarze

Anita Ceglińska

Marzyła o siatkówce, a skończyło się na popkulturze. W ciągu dnia bada pokolenie Y, po godzinach recenzuje premiery filmowe i muzyczne. Choć spędza długie godziny na Tumblrze i konwentach, za nic nie przyzna się do bycia geekiem i obsesji na punkcie BBC i "Hannibala". Nie umie żyć bez koncertów. Jak każdy padawan Jacka White'a trzyma na parapecie dziesiątki płyt - powodów do dumy i wyrzutów sumienia. Kiedyś rzuci wszystko i wyjedzie na Islandię.