The Sixpounder –  „The Sixpounder” (Recenzja + Wideo)

The Sixpounder - "The Sixpounder" fot. Metal Mind Productions||NajlepszePiosenki.pl

Najlepsze Piosenki Oceniają



„Metalowcy, których pokochali widzowie Polsatu”. Tak byśmy napisali, gdybyśmy byli agencją PR-owską.

Kto nie zna The Sixpounder, mógłby się jednak wystraszyć, bowiem takie granie kłóci się odrobinę z wizją telewizyjnego talent show. Okazuje się jednak, że dobra muzyka obroni się wszędzie. Nawet na
antenie, która nieubłaganie katuje nas powtórkami filmu „Kevin sam w domu”;)



The Sixpounder to grupa kumpli, którzy wspólne muzykowanie zaczęli w 2008 roku. Imienną, debiutancką płytę o wdzięcznym tytule „Going To Hell? Permission Granted!” wydali w 2011 roku. Sami jednak zamiast do piekła trafili raczej do nieba, kiedy okazało się, iż w maju 2014 roku dotarli do finału programu „Must Be The Music”, pokonując kilka ślicznych i ślicznie śpiewających dziewcząt. Zbiegło się to w czasie z wydaniem drugiej, imiennej płyty, nad której produkcją czuwali Przemek „Perła” Wejmann i Jacek Miłaszewski. Do współpracy wrocławianie zaprosili kilku gości. Jacek Hiro z zespołu Sceptic pojawił się z solo w kompozycji „Faith”, z kolei Vogg z zespołu Decapitated i Peter, lider grupy Vader uświetnili numer „The Hourglass”.

Płyta jest bardzo zróżnicowana, zarówno pod względem muzycznym jak i tekstowym, a próba szufladkowania nas może zakończyć się niepowodzeniem – zapowiadał wydawnictwo gitarzysta The Sixpounder, Paul Shrill. – Nigdy nie zastanawialiśmy się nad tym, do jakiego gatunku muzycznego przynależy ten zespół, czy to będzie heavy metal, death metal czy pop/rock. The Sixpounder to zsumowanie wszystkiego, co uważamy za cenne w muzyce. Tego czegoś, co daje energię, pobudza emocje, a kiedy podane jest na żywo – daje ogromnego kopa.

O najlepszych piosenkach z płyty mówi wokalista The Sixpounder, Frantic Phill:

 

„Burn”

Utwór napisany z myślą o wszystkich fałszywych przyjaciołach, którzy pojawili się na naszej drodze po wydaniu pierwszego albumu, o naszych potknięciach, o nożach wbitych w plecy przez osoby nam bliskie – a dzisiaj tak odległe. Teledysk traktuje o tym, żeby jakiegokolwiek sukcesu nie traktować jako celu samego w sobie, bo to podróż do celu jest prawdziwym zwycięstwem. Przeżycia, poznane osoby, doświadczenia i przygody – to jest tak naprawdę to, o co w tym wszystkim chodzi.

 

„The Hourglass”

Od wypadku który miałem w wieku 13 lat moje życie zmieniło się nie do poznania. Z wesołego dziecka, które nie miało żadnych problemów, stałem się zagubioną istotą, która miała na swoim koncie śmierć kliniczną, ryzyko utraty kończyny i prawie roczną absencję z życia (szpitale, rehabilitacja). Depresja, psychologowie, psychiatrzy, nieudana próba samobójcza to były tematy, które wracały mi w myślach jak demony. Niemal każdego dnia żałowałem, że nie mogę cofnąć czasu i powiedzieć sobie samemu, żebym uniknął tej osobistej tragedii. Na próżno. Przy nagrywaniu drugiego albumu, podczas pracy nad numerami uświadomiłem sobie, że gdyby nie wypadek, gdyby nie to wszystko, co mi się przytrafiło nie byłbym dzisiaj tu, gdzie jestem. Nie poznałbym na swej drodze tych samych ludzi i prawdopodobnie moje życie potoczyłoby się innym torem. Uświadomiłem sobie, że bym tego nie chciał, że mimo tych wszystkich potknięć i upadków, problemów… to, co się liczy, to „dzisiaj” a nie „dawno temu”. Stąd „The Hourglass”, klepsydra – ludzie żyją iluzją, że na koniec mogą odwrócić ją do góry dnem i zacząć od nowa, ale to nie jest prawda. Trzeba żyć dniem teraźniejszym i kreować przyszłość, a nie żyć przeszłością.


 

„Dead Man Walking”

Pomysł na ten utwór mi się zwyczajnie przyśnił. Po mojej przygodzie ze śpiączką miałem objawienie, że odszedłem na chwilę, ale wróciłem po coś, żeby coś zrobić w tym świecie, żeby coś po sobie zostawić. Pewnej nocy miałem sen, w którym do mojego łóżka podchodzi śmierć i mówi mi, że zaprzepaściłem szansę, którą dostałem od niej (niego?) i mówi, że chce mnie zabrać tam, gdzie należę. Obudziłem się przerażony i od razu poczułem, że muszę to gdzieś zapisać. Moment w utworze, kiedy uderzają mocno instrumenty, to moment, w którym się przebudziłem, a dalsza część utworu to moja personalna batalia z przeznaczeniem.

 

„New World Order”

Zamykająca płytę kompozycja. Tworzymy nowy porządek, albo raczej nieporządek świata. Jesteśmy wyjątkowo uparci i mamy sprecyzowane cele. To jest swoisty hymn, pod którym chcemy zjednoczyć wszystkich naszych fanów, żeby dążyli z nami do wspólnego celu – nowego porządku. Nie zamierzamy się zatrzymywać. Trzeba wręcz przyspieszyć!

 

RECENZJA The Sixpounder – „The Sixpounder”

Nie wiem, czy dzięki całkiem dobremu wynikowi w „Must Be The Music” los stanie się łaskawszy dla The Sixpounder. Ale wiem na pewno, że muzyka metalowców z Wrocławia na ich drugiej płycie, nic nie straciła na jakości.

Nie przepadam za talent shows, ale żyję w tym kraju dostatecznie długo, by zdawać sobie sprawę z tego, dlaczego wykonawcy się do nich pchają. Jeśli dzięki zaistnieniu w programie wzrośnie stawka kapeli za koncerty, dzięki czemu pojawi się namiastka funkcjonowania na normalnym poziomie finansowym, jestem jak najbardziej za. Zwłaszcza, że The Sixpounder udowodnili dużo wcześniej, że grać umieją naprawdę świetnie, a płyta „Going To Hell? Permission Granted!” to w ostatnich kilkunastu miesiącach jedno z najciekawszych wydawnictw w Polsce, które nie jest stricte black- lub deathmetalowe.

Czy opatrzony przez Perłę i Jacka Miłaszewskiego świetnym brzmieniem „The Sixpounder” dorównuje debiutowi? Nie, jest deczko wyżej. Taki młodszy brat, który urósł wyższy i zdolniejszy, bo wyciągnął wnioski patrząc na starsze rodzeństwo. Zachował szczyptę rockandrollowego szaleństwa i luzu, lecz więcej ma soczystego pierd…a, ostrej jazdy do przodu. Zamiast chodzić codziennie wyrywać laski do knajpy i sączyć browary, trenował sporty walki. Na albumie doskonale wykorzystano renomowanych gości, Jacka Hiro („Faith”) oraz Vogga i Petera („The Hour Glass”). Aczkolwiek najlepsze kompozycje na płycie są autorstwa tych pięciu świrów z Wrocławia (Frantic Phil, Paul Shrill, Jar O’Big Bottom, Mike Noodle i Jeff Vader), czyli „Burn” i klimatyczno-ostry „The Betrayal” oraz „Dead Man Walking”, w którym czysty wokal zderzono z krzykiem. Stylistycznie? Misz-masz, w którym znajdziemy Panterę, Slayera, Black Label Society, Machine Head, Hatebreed, metalcore’owców i hardcore’owców. Krótko, dobry hybrydowy metal z wykopem.

Chwaliłem The Sixpounder za poprzednią płytę, chwalić będę i za tę. Prywatnie cieszę się, że nie pomyliłem się, co do nich. To cholernie zdolna kapela, mająca pomysł na siebie i odpowiednią dawkę determinacji. Jeśli tyko pojawi się jeszcze zestaw szczęśliwych zbiegów okoliczności, mogą zajść naprawdę daleko. Szczerze im tego życzę.

Premiera: 12 maja 2014
Wydawca: self-released

Najlepsze piosenki:

'Burn', 'The Betrayal', 'Dead Man Walking'

Komentarze

Podsumowanie Najlepszych Piosenek

Lesław Dutkowski

Marzy mu się "kolacja" w Rainbow Bar and Grill w Los Angeles, na której byliby, rzecz jasna, Lemmy Kilmister plus Keith Richards, Paul McCartney, Neil Peart oraz, żeby zachować parytet, Lisa Gerrard, Jarboe, Madonna i Lady Gaga. Wierzy, że wykręciłaby się z tego niezła imprezka z mnóstwem anegdot. Miłośnik futbolu. Jako dyscypliny, bez kibicowsko-kibolskich podtekstów. Na basie grać się nie nauczył, choć próbował (za krótko). W muzyce robi od przełomu wieków. Zaliczył dekadę w serwisach muzycznych dwóch wielkich portali. Narobił dla nich parę setek wywiadów i jeszcze więcej recenzji oraz newsów. Wciąż nie ma dość.