Trzeci dzień Open’er Festivalu (Relacja + Najlepsze Piosenki)

Lykke Li fot. Archiwum Artystki/NajlepszePiosenki.pl


W ciągu kilkunastu lat Jack White stał się ikoną popkultury. Nie tylko dzięki trzem znakomitym zespołom, ale kultowi, jaki wokół siebie stworzył. Tłum pod sceną traktował go jak wcielenie bóstwa, a muzyk dał im w zamian spektakularne, multigatunkowe show.

Szalony lider The White Stripes wiedział jak przekupić publiczność. Po wylądowaniu w Polsce z namaszczeniem całował ziemię ojczystą, a w trakcie koncertu przedstawił się jako Jack z Krakowa (stąd pochodzi jego matka). Stwierdził też, że po zakończeniu trasy festiwalowej pojawi się na kilka dni w Polsce i będzie szukał żony.



Dobór setlisty też można uznać za popis kokieterii. Jack White i jego osobliwa drużyna zagrali hity wszystkich trzech formacji White’a i nowe, solowe kompozycje. Nie zabrakło nawet starszych, nieco zakurzonych klasyków – „Astro” i „Hello Operator”. Kawałek „Icky Thump” eksplodował z siłą bomby neutronowej, a „Steady As She Goes” zyskał nową, rozbudowaną aranżację. Od energii kipiał świeżutki singiel „Lazaretto”. Niemniej jednak wszyscy czekali na stadionowy hymn i prawdziwy szlagier minionej dekady – „Seven Nation Army”. White zaprezentował euforyczną, nieco teatralną wersję klasyka. Chyba każdy miał ciarki na plecach słysząc kilkadziesiąt tysięcy zdzieranych gardeł. Przez całą noc mniej lub bardziej trzeźwi openerowicze skandowali kultowy refren.

Jack White zapewnił, że szybko wróci do Polski. Prawdopodobnie ze swoim najbardziej mrocznym i niepokornym projektem The Dead Weather. Supergrupa szykuje nowy album, który trafi do sklepów w przyszłym roku.

Najlepsza piosenka Jacka White’a: „Seven Nation Army”

Nie samym Jackiem White’em jednak człowiek żyje, a donieść należy, że piątek obfitował w magiczne i nostalgiczne doznania. Przed Szalonym Kapelusznikiem na scenie pojawili się panowie z Foals. Ich poprzedniemu koncertowi w Gdyni towarzyszył biblijny potop, a tym razem zagrali w ciepełku zachodzącego słońca. Brytyjczycy udowodnili, że nominacja do nagrody Mercury była w pełni zasłużona. Najlepiej wypadły obłędne, taneczno-gitarowe kompozycje z longplaya „Holy Fire”, na czele z singlem „Inhaler”. Yannis Philippakis miał świetny kontakt z publicznością, a panny szalały gdy schodził grać w tłumie. Szkoda tylko, że Foals grali tak wcześnie i tak krótko.


Najlepsza piosenka Foals: „Inhaler”

Kto zamiast gitarowych szaleństw lubuje się w intymnych brzmieniach miał wczoraj spory dylemat. Jednocześnie na dwóch scenach koncert dawały wschodzące gwiazdy – Ben Howard i Banks. Howard postawił na kojące, delikatne dźwięki, a Banks zaprezentowała krótki, ale wyjątkowo elegancki set. Tłumy w Tent Stage mogły rozluźnić się przy chłodnych, electropopowych numerach. Ciut stremowana Jillian była wyraźnie wzruszona, bo nikt nie traktował jej koncertu tylko jako przygrywki przed spektaklem gwiazdy ze Szwecji.

Najlepsza piosenka Banks: „Waiting Game”

Pośród tiulowych wstęg i kłębów dymu na głównej scenie pojawiła się fenomenalna Lykke Li. Otulona czarną peleryną wiła się niczym nimfa tworząc mroczne, oniryczne widowisko. Grała zaledwie przez godzinę, ale z Open’er Stage popłynęły dźwięki kilkunastu hitów. Wszyscy ruszyli do tańca przy „I Follow Rivers” i „Gunshot”, ale najbardziej zjawiskową atmosferę dało się odczuć przy chóralnie odśpiewanej balladzie „Never Gonna Love Again”. Szwedka poprosiła wówczas, by widzowie włączyli latarki, więc teren pod główną sceną zamienił się w morze świetlików.

Najlepsza piosenka Lykke Li: „Never Gonna Love Again”

Po koncercie Lykke zajrzałam jeszcze do Beat Stage, by zobaczyć w akcji nadzieję nowych brzmień – Tourista. Może nie zebrał takich tłumów jak Jamie xx, ale moim zdaniem zagrał jeszcze lepszy set. Przez godzinę tłum tańczył pośród kosmicznych, odrealnionych dźwięków.

Najlepsza piosenka Tourista: „I Have No Fear”

Prognoza na sobotę: piękni i stylowi The Horrors będą starali się udowodnić, że zasłużenie przyklejono im łatkę „dzieci The Cure”, a Faith No More ponoć mają zaprezentować nowy materiał (czas najwyższy). W tym czasie Tent Stage zdominują melancholijne panie z Warpaint oraz Elena z Daughter. Na zakończenie festiwalu, pod Open’er Stage zapanuje euforia dzięki tanecznym hitom Phoenix.


Komentarze

Anita Ceglińska

Marzyła o siatkówce, a skończyło się na popkulturze. W ciągu dnia bada pokolenie Y, po godzinach recenzuje premiery filmowe i muzyczne. Choć spędza długie godziny na Tumblrze i konwentach, za nic nie przyzna się do bycia geekiem i obsesji na punkcie BBC i "Hannibala". Nie umie żyć bez koncertów. Jak każdy padawan Jacka White'a trzyma na parapecie dziesiątki płyt - powodów do dumy i wyrzutów sumienia. Kiedyś rzuci wszystko i wyjedzie na Islandię.