9 najlepszych piosenek Pharrella Williamsa

Pharrell Williams i Daft Punk fot. Archiwum


Przede wszystkim „Happy” Pharrella Williamsa to cudna, zaraźliwa, na wskroś pozytywna, uzależniająca piosenka.Muzyczny, orzeźwiający koktajl. Boskie są te klaskania, przesmakowity chór. Wszystko jest tu zwyczajnie doskonałe.

Pharrell – „Can I Have It Like That” (featuring Gwen Stefani)

Ludzki mózg, a kobiecy w szczególności, płata różne figle. Chociaż rok 2013 należał do Pharrella, który zafundował trzy megahity („Get Lucky”, „Blurred Lines” i „Happy”), kiedy myślę o najlepszych piosenkach Pharrella pierwsze co przychodzi mi do głowy to „Can I Have It Like That”. Mam teorię, że muzyka trafia w trzy miejsca – do głowy, do serca i… w lędźwie. Numer z udziałem Gwen Stefani to ten ostatni przypadek. Nagranie ma w sobie coś bardzo seksownego, duszno-erotycznego. Może to właśnie za sprawą nonszalanckich wstawek wokalistki No Doubt, może tego sapania Pharrella i jego miodowego barytonu, ale najbardziej stawiam na ten piękny, dygoczący, głęboki bas. Mmm…

N.E.R.D – „She Wants to Move”

Inny cudownie basowy numer, którego współtwórcą jest Pharrell Williams to „She Wants to Move”. Moim zdaniem nie aż tak seksowny, ale chociażby z uwagi na tekst poświęcony kobiecym wdziękom, również się klasyfikuje do kategorii „lędźwie”. Numer tria N.E.R.D to także znak czasów. Bas, rytm i rockowe elementy (tu całkiem niezła gitara, którą obsługuje Chad Hugo, czyli połowa producenckiego duetu The Neptunes i jedna trzecia grupy N.E.R.D) dominowały w popowych przebojach ubiegłej dekady.



Pharrell – „Happy”

Dawno już Akademia Filmowa nie wkurzyła mnie tak jak w tym roku. Do dziś jestem zła, kiedy sobie przypominam, że „Happy” nie dostało Oscara, bo przecież należało się Pharrellowi jak psu buda. Wiadomo, że Akademia faworyzuje utwory z animacji (tu był to obraz „Minionki rozrabiają”) i oto miała szansę nie tylko zadowolić siebie, ale i ludzkość. Rzadko bowiem zdarza się, by numer z bajki dla dzieci podobał się też dorosłym. Nie tylko podobał, przecież „Happy” ze swymi miejskimi wersjami stał się fenomenem na miarę „Harlem Shake”. Przede wszystkim to cudna, zaraźliwa, na wskroś pozytywna, uzależniająca kompozycja. Muzyczny, orzeźwiający koktajl. Boskie są te klaskania, przesmakowity chór. Wszystko jest tu zwyczajnie doskonałe. Tymczasem Oscar za najlepszą piosenkę trafił do jakiejś nudziary („Let It Go”, wyk. Idina Menzel, muz. Kristen Anderson-Lopez i Robert Lopez). Ciekawostka: kapelusz, w którym Pharrell wystąpił w teledysku i w którym później pojawiał się jeszcze wiele razy (Grammy, Oscary) zaprojektowała Vivienne Westwood.

Snoop Dogg – „Drop It Like It’s Hot” (feat. Pharrell)

Fanką Snoopa nie jestem i przez 10 lat szef nie zdołał mnie przekonać, że ten wiecznie upalony luzak jest geniuszem. Muszę jednak przyznać, że nagrał kilka kapitalnych numerów. Na liście najlepszych piosenek pana Calvina Cordozara Broadusa Jr. najwyżej znajduje się „Drop It Like It’s Hot” z udziałem złotego chłopca Pharrella Williamsa. Po pierwsze podoba mi się tytuł i to jak te słowa wplecione są w utwór. Oznaczają one rodzaj tańca, w którym specjalizują się piękności w teledyskach (wiecie, o co chodzi). Choć zwrot przypisuje się Snoopowi, wcześniej pojawiał się on w innych utworach m.in. na albumie „The Skills Dat Pay Da Bills” Positive K. A wracając do samej piosenki… Po drugie i ważniejsze, ten numer to prawdziwe mistrzostwo minimalizmu. Jakieś basowe buczenie (a częściej jednak tylko szum), kląskanie (sama możliwość napisania tego słowa sprawia radość), odrobina perkusji i dość jednak nieśmiałe syntezatory. Tyle, a jaki świetny kawałek.

Common – „Announcement”

Commona w odróżnieniu od Snoopa uwielbiam. Genialnie zasuwa z tymi swoimi wersami i ma świetne wyczucie oraz dryg do łączenia oldschoolu z nowymi trendami. Pełnymi garściami czerpie z klasycznego soulu i R&B, ale nigdy nie brzmi retro czy jakby nagrywał po prostu dla siebie. Świetnym przykładem jest piosenka z udziałem Pharrella. Osadzona w starych brzmieniach, ale zgrabnie unowocześniona chociażby przez udział naszego bohatera. Jakby kogoś dręczyło, co za sample wydają się takie znajome, podpowiadam – „Dreams” The Notorious B.I.G.


Daft Punk – „Lose Yourself to Dance”

O „Get Lucky” napisano już epopeje, żeby więc nieco utrudnić sobie zadanie, i trochę z przekory, wybrałam inną kompozycję z płyty „Random Access Memories” Daft Punk. Pod względem przebojowości, „Get Lucky”, jest bezapelacyjnie najlepszą piosenką. Płyta Francuzów zawiera jednak wiele ciekawszych nagrań. Moim faworytem jest wielowątkowy „Giorgio by Moroder”, ale tam brakuje Pharrella. Pharrell Williams pojawia się natomiast w ślicznym „Lose Yourself to Dance”. Numer ma wszystkie atuty, którymi zachwyca reszta kawałków z płyty duetu. Klimat disco, sprytne połączenie organicznych klimatów i syntetycznych zniekształcaczy, ładną melodię, a do tego świetną gitarę Nile’a Rodgersa i coś nieuchwytnie melancholijnego, nostalgicznego, pięknie kłócącego się z przesłaniem piosenki. Podobno powstała ona z chęci stworzenia tanecznego kawałka z użyciem żywej perkusji.

Madonna – „Give It 2 Me” (ft. Pharrell)

Zastanawiałam się, którą z pań uwzględnić w zestawieniu najlepszych piosenek Pharrella. „Boys” Britney Spears jest niezłe, ale – jakby to powiedziała Agnieszka Radwańska – bez przesady, Azealia Banks działa mi na nerwy, tymczasem „Give It 2 Me” wracało jak bumerang, a przecież niezdrowo jest ze sobą walczyć, padło więc na Madonnę. Madonnę, na którą „pieszczotliwie” mówię… wywłoka. Laska się pogubiła, nie może zaakceptować swojego wieku, do tego rozmieniła się na drobne, zrujnowała reputację królowej pop, na którą przecież ciężko pracowała. Kiedy myślę, o tym, co zrobiła po „Ray of Light” najczęściej czuję absmak. Są jednak wyjątki, jak chociażby „Give It 2 Me”. Na teledysk nie mogę patrzeć, jak widzę tę żylastą babę, dwa lata młodszą od mojej mamy, wykonującą dziwne ruchy w samej bieliźnie, robi mi się niedobrze. Piosenka jest jednak dobra. Mało odkrywcza, niekoniecznie genialna, ale zwyczajnie chwytliwa, przebojowa. Z fajnym wykorzystaniem afrykańskiej perkusji i sprawdzającego się przy absolutnie każdej okazji krowiego dzwonka. Poza tym, jak już wspomniałam, wraca jak bumerang, a to kluczowa sprawa w przypadku popowego hitu.

Robin Thicke – „Blurred Lines”

Wszyscy wiedzą już wszystko na temat piosenki, teledysku i Emily Ratajkowski ze słowiańskimi korzeniami i równie słowiańskim biustem. Nie będę się powtarzać i powielać, ale wspomnieć o „Blurred Lines” trzeba.

Pharrell – „Come Get It Bae”

„Come Get It Bae” to druga po „Happy” najbardziej przebojowa piosenka na albumie „G I R L”. Wystarczy kilka pierwszych dźwięków, by się zakochać. Znów klaskany rytm, przyjemny puls i groove! Proszę państwa, groove to podstawa. Prince nagrywa jakieś dziwaczne rzeczy, na szczęście można liczyć na Pharrella (i czasem na Justina Timberlake’a). O tym jak to dobry numer świadczy jeszcze jedna rzecz – Miley Cyrus. Skoro ten show-bizowo-marketingowy (po)twór nie zdołał zepsuć „Come Get It Bae”, musi to być genialna piosenka.


Pharrell – „Frontin'”

„Frontin'” świadomie zostawiłam na sam koniec. Nie dlatego, że najlepsze jest na deser. Wręcz przeciwnie, mam pewne zastrzeżenia. Nie przeczę, to przyjemna, lekko rozbujana, mięciutka piosenka, w której Pharrell używa wyższych rejestrów, ale z soulowym klimatem fajnie one współgrają. Zastrzeżenia są dwa. Pierwsze to teledysk. Mam bowiem pewien problem z facetami zbyt często chwytającymi się za krocze (sorry, Michael, R.I.P.). Dwa – Jay-Z. Niestety, nie przepadam za gościem. Jego rap jest nudny, przewidywalny i poza naprawdę zaledwie kilkoma wyjątkami, jego „fjuczuringi” niewiele dobrego wnoszą do piosenek. „Frontin'” do nich na pewno nie należy. To jednak chyba tylko moje zdanie i uprzedzenia, bo do czasu „Blurred Lines” był to największy hit Pharrella w USA.

Pharrell Williams będzie gwiazdą festiwalu Pozytywne Wibracje. Artysta Pojawi się na imprezie, która przeniosła się z Białegostoku do Warszawy. Jednodniowy festiwal prezentujący muzykę soulową, funk oraz R&B odbędzie się 20 czerwca na stadion Pepsi Arena w Warszawie.


Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.