20 najlepszych piosenek Madonny

Madonna fot. Archiwum Artystki/NajlepszePiosenki

Pewnie tego nie wiecie, ale 31 lat temu muzyka rozrywkowa zmieniła się na zawsze. 31 lat temu, pod koniec lipca, swoją pierwszą, imienną płytę wydała Madonna Louise Ciccone, bardziej znana jako Madonna. Można ją kochać, tolerować, nienawidzić. Można mieć do niej stosunek obojętny. Nie można jednak zignorować faktu, iż naprawdę namieszała w muzyce, ustanawiając obowiązujące do dziś reguły. Połączenie tańca i muzyki, szokowanie jako narzędzie marketingu, epatowanie seksapilem, feminizacja. Nie twierdzę, że to wszystko wymyśliła, ale wyniosła na wyższy poziom i ułożyła show-bizowy elementarz. Dziś raczej zmierza w dół i coraz bardziej przypomina własną karykaturę, ale nie zapominajmy, że nagrała kilka (naście? dziesiąt?) znakomitych piosnek.

„Holiday”

Jedna z nie tak wielu popowych piosenek, skrywających wielką, życiową prawdę: „WE NEED A HOLIDAY!”. Numer typowy dla wczesnej Madonny i lat 80. Syntezatory, syntezatory i… syntezatory. Prawda jest taka, że w nagraniu wykorzystano też gitarę i krowi dzwonek. Średnie tempo (dla zainteresowanych 116 bitów na minutę), ale do podrygiwania się nadaje. To zresztą robi Madonna w klipie, bo tańcem trochę to ciężko nazwać, a układ choreograficzny przypomina nieudolny aerobik dla ludzi pozbawionych kondycji. Ale piosenka ma sporo wdzięku i uroku.



Okładka singla początkowo nie zawierała zdjęcia Madonny, wytwórnia Sire nie chciała bowiem, by ludzie wiedzieli, że nie jest to gwiazda… R&B. Na pierwszej wersji obwoluty widnieje zatem… pociąg.

„Holiday” to pierwszy przebój wokalistki, pierwszy utwór, który przebił się na listę Billboard Hot 100.

„Like A Virgin”

Według mnie, nie jest to wybitna piosenka i dziś widoki Wenecji raczej nie robią większego wrażenia. Ale to supersyntetyczne intro jest po prostu cudownie kiczowate. Ejtisowa kwintesencja, która dziś brzmi trochę jak usterka 😉 Z perspektywy cieszy też, że Madonna zaprzestała śpiewania tym malutkim, wysokim głosikiem.

Producentem kawałka jest Nile Rogers, który niedawno powrócił do łask za sprawą Daft Punk i przeboju „Get Lucky”. „Like A Virgin” to pierwszy utwór Amerykanki, który zdobył szczyt notowania Billboardu. Piosenka zainspirowała „Weird Ala” Yankovica do nagrania jednego z jego najsłynniejszych prześmiewczych coverów, „Like a Surgeon”. Fani Bridget Jones na pewno też pamiętają, jak główna bohaterka uczyła piosenki swe koleżanki z więziennej celi.

„Human Nature”

Dowód na to, że przez lata Madonna trzymała rękę na pulsie i reagowała na najdrobniejsze symptomy zmian w muzyce. „Human Nature” to jej odpowiedź na rozkwitający hip-hop i trip-hop. Za lateksowy teledysk odpowiada Jean-Baptiste Mondino. W zamyśle wideo było humorystycznym komentarzem do tematów tabu w społeczeństwie.

„Dress You Up”

Bardzo, bardzo lubię tę piosenkę. Przypomina mi o czasach, kiedy Madonna i cały świat były bardziej niewinne. Kiedy wokalistka z romantycznym rozrzewnieniem śpiewała „gonna dress you up in my love”. Seksualne insynuacje były jednak na tyle wyraźne, iż piosenka znalazła się na liście „Filthy Fifteen” sporządzoną przez Parents Music Resource Center. Słowem zdaniem rodziców z lat 80., Madonna była bardzo wyuzdana.

Jest w tym utworze przyjemna dawka melancholii i trochę tandetnej, acz ujmującej ckliwości.

„Everybody”

Takich klawiszy nie powstydziliby się nowofalowi mistrzowie. Groove wcale nie jest przypadkowy, Madonnę próbowano bowiem początkowo wylansować jako artystkę R&B. Z perspektywy czasu, jak na taneczną piosenkę, „Everybody” brzmi dość alternatywnie. Polecam wydłużoną wersję z „You Can Dance”.

„Keep it Together”

Madonna jak Janet Jackson? Proszę bardzo. „Keep It Together” to jeden z najbardziej funkowych, pulsujących numerów w jej dorobku. Hołd, zresztą bardzo udany, złożony Sly and the Family Stone. Piękny groove, klangujący bas, banjo i bongosy. Pamiętam, że podczas trasy „Blond Ambition” do tej piosenki był fajny układ choreograficzny z krzesłami.

„He’s a Man”

„I’m Breathless” to chyba powszechnie najbardziej nielubiana płyta Madonny. W zasadzie to soundtrack do równie kiepskiego filmu „Dick Tracy”. Tym razem mamy Madonnę w klimacie noir, próbującą odnaleźć się w świecie jazzu, swingu i zmysłowego popu lat 30. Przyznam, próba średnio udana, ale „He’s a Man” jest świetne. Owszem, numer jakby skrojony do striptizu, ale z fajnym burleskowym rozbuchaniem, pojechanymi psychodelicznymi klawiszami i wokalem tak zaaranżowanym (chórki bardzo pomocne), iż można uwierzyć, że Madonna ma kawał głosu.

„Papa Don’t Preach”

„Papa Don’t Preach”, czyli pop zaangażowany. Utwór o trudach dorastania, nastoletniej ciąży, konflikcie pokoleń. Wcale niegłupia piosenka, która pewnie niejednej dziewczynie dodała otuchy. Muzycznie fajnie zaaranżowany numer, z przyjemną basową głębią, akustyczną gitarą i smykami. A w klipie w roli tytułowego taty Danny Aiello.

– To piosenka, którą ludzie źle odebrali – opowiadała na łamach „New York Timesa”. – Wszyscy pomyśleli, że zachęcam dziewczyny, by zachodziły w ciążę. To przecież utwór o dziewczynie, która musi podjąć ważną decyzję w swoim życiu. Była blisko z ojcem i chce zachować tę bliskość. Dla mnie to pochwała życia. Ta piosenka mówi: „Tato, kocham Cię, kocham też tego mężczyznę i dziecko, które we mnie rośnie”. Oczywiście, nigdy nie wiadomo, jak się skończy, ale przynajmniej zaczyna się pozytywnie.

„Love Song”

Może nie jest to najbardziej popularna piosenka Madonny, ale musi znaleźć się w tym zestawieniu. Nie tylko dlatego, że współtwórcą jest Prince, który zresztą udziela się też wokalnie. To kolejny dowód na różnorodność repertuaru Madonny i jej odwagę. To naprawdę mało przebojowy, wręcz alternatywny numer, z zapętlonym gitarowym motywem i melorecytacjami oraz kompozycją o mało radiowym układzie.

„4 Minutes”

Zdecydowałam się na uwzględnienie „4 Minutes” tylko i wyłącznie z wielkiej sympatii do Justina. Może piosenka nie jest jakaś strasznie zła, ale w chwili, gdy wychodziła, każdy miał już dosyć stękania Timbalanda. Okazało się, że Madonna już nie wyznacza trendów, ale z pewną zadyszką, niekompletnie ubrana, goni młodzież.

„Frozen”

Nie jestem wielką fanką płyty „Ray of Light” choć w pełni rozumiem słowa uznania i zachwyty nad samą wokalistką jak i wkładem producenta/współkompozytora, Williama Orbita. Nigdy wcześniej ani później Madonna tak bardzo nie zbliżyła się do alternatywy. W recenzjach pojawiały się nawet porównania do Björk. Słuchając „Frozen” nie ma się co dziwić. Szybujący motyw, orientalne elementy, mrok, chłód, „stalowa elektronika”. Piękna, szlachetna piosenka ze smyczkowymi aranżacjami przygotowanymi przez Craiga Armstronga, który pracował przy takich hollywoodzkich dziełach jak „Moulin Rouge!”, „Romeo + Juliet” czy „To właśnie miłość”.

Utwór stał się obiektem sprawy o plagiat. Akordy miały być bezprawnie wzięte z utworu „Ma vie fout le camp” („My Life’s Getting Nowhere”), który skomponował belgijski twórca, Salvatore Acquaviva. Sąd orzekł na korzyść Madonny, jednak przez 8 lat trwania sprawy, na numer Madonny nałożono embargo w Belgii.

„Rescue Me”

Mówcie sobie, co chcecie, ale ja będę się upierać, że to kawał świetnej piosenki. Drażni to głębokie „śpiewanie migdałkami”, ale jest w tym utworze fajna soulowa energia. Produkcja może wypada dziś nieco archaicznie, ale tak brzmiały lata 90.

„Vogue”

Skoro już mowa o latach 90. Gdybym, niekoniecznie nawet trzymana na muszce, musiała wskazać dwa największe przeboje lat 90., byłoby to „Freedom! ’90” George’a Michaela i właśnie „Vogue” Madonny. Moim zdaniem to apogeum twórczości Amerykanki, pop wzniesiony na artystyczne wyżyny. Wysmakowany, elegancki, a zarazem dekadencki, seksowny. Podobnie jak w przypadku hitu George’a, i tu niemałą rolę odgrywa teledysk, którego twórca był niejaki… David Fincher (tak, ten od „Siedem”). Piękny hołd złożony Hollywood, sztuce, modzie. Audio-wizualna definicja słowa „glamour”. Wprawne oko dostrzeże na początku obrazy naszej rodaczki, Marii Górskiej, znanej bardziej jako Tamara Łempicka.

„Express Yourself”

Fincher zanim zaczął mieszać (i trochę straszyć, w dobrym tego słowa znaczeniu) w amerykańskim kinie, tworzył fantastyczne teledyski. Wspomniane wyżej „Vogue” i „Freedom! ’90”, „Janie’s Got a Gun” Aerosmith, „Cradle of Love” Billy’ego Idola, „Who Is It?” Michaela Jacksona czy „Love Is Strong”, The Rolling Stones. Wszystkie piękne, klimatyczne, „przydymione”. Do tej znakomitej kolekcji zalicza się także nasączony soczystymi, jaskrawymi kolorami „Express Yourself”. Sama piosenka to bezapelacyjnie jedna z mocniejszych pozycji w dorobku artystki, z czasów kiedy dokładnie wiedziała czego chce i czego chcą ludzie. Popowy majstersztyk z rockowym pazurem, tanecznym bitem i soulową głębią.

„Like A Prayer”

„Like A Prayer”, pomijając cały skandal wywołany przez obrazoburczy zdaniem wielu teledysk i śmiało poruszaną, jak na pop, kwestię rasizmu, to wybitna kompozycja. Numer o genialnej dramaturgii i perfekcyjnie wyprodukowany.

Podobnie jak „Papa Don’t Preach” i ten numer zainspirowany był wiarą katolicką, w której Madonna była wychowana. Po premierze, Watykan oficjalnie potępił wideo. Grupy katolickie protestowały i bojkotowały Pepsi, która wykorzystała piosenkę w swej reklamówce. Sprawa była na tyle poważna, iż koncern zerwał kontrakt z Madonną.

I’d Rather Be Your Lover”

Niepozorna, jazzująca piosenka z udziałem Me’shell Ndegeocello. Po prostu, naprawdę fajna.

„Hung Up”

Jeden z niewielu naprawdę dużych przebłysków Madonny w XXI wieku. Po pierwsze brawa za uzyskanie praw do sampli „Gimme! Gimme! Gimme!” zespołu ABBA. Po drugie, „Confessions on a Dance Floor” była płytą, która nadała ton muzyce pop na kolejne lata. Mocno elektronicznej, z wyrazistymi bitami, tanecznej, energicznej. Po latach „Hung Up” nadal broni się jako imprezowy kawałek.

„Sorry”

Prze-pra-szom. Ta sama płyta, te same patenty. Ten sam efekt.

„Justify My Love”

Wróćmy do bardziej alternatywnej Madonny. Numer pomógł napisać Lenny Kravitz, a wczesne dokonania zespołów takich jak Massive Attack bez wątpienia były inspiracją. Duszna, nasycona erotyzmem piosenka została dopełniona utrzymanym w tym samym klimacie teledyskiem. Miał to być wysmakowany hołd dla europejskiego kina artystycznego o tematyce S&M (kręcił Jean-Baptiste Mondino, ten sam, który odpowiadał za bondage’owe „Human Nature”), ale oczywiście wywołał mnóstwo kontrowersji i oburzenia, co skłoniło MTV, by nie emitować wideo. (Czytaj też o „Justify My Love” w „7 najlepszych piosenek z gołymi babami”).

„Into the Groove”

Crème de la crème, najlepsza piosenka Madonny. Przebojowa, lekka, zgrabna, do tańca i miłości. Na wskroś syntetyczna, ale z duszą.

– Parkiet zawsze był dla mnie magicznym miejscem – opowiadała gwiazda. – Zaczynałam jako tancerka i to miało swoje przełożenie na piosenke. Chodzi o poczucie wolności, o czucie się dobrze w swym ciele, o to, że w tańcu można czuć się wyzwolonym, że można wyrażać się przez muzykę. Klubowy parkiet to magiczne miejsce, nawet jeśli nie bierzesz ecstasy. Stąd pierwotna inspiracja kryjąca się za „Into the Groove”.

Kawałek pochodzi z filmu „Rozpaczliwie poszukując Susane”, w którym wokalistka zagrała u boku Rosanna Arquette. Trochę komedia romantyczna, trochę thriller.

Numer dotarł na szczyt list przebojów w Australii, Belgii, Irlandii, Włoszech, Japonii, Holandii, Nowej Zelandii, Hiszpanii i Wielkiej Brytanii.

Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do… Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave’a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme’a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą „Szklaną pułapkę”, bo najbardziej kocha Bruce’a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.