Royal Blood w Warszawie + 4 najlepsze piosenki

Duet Royal Blood wrócił do Polski. Dwa niepozorne miśki, tworzące mięsiste dźwięki wywołały euforię i niedowierzanie, a podłoga znów przechodziła męki.

Kiedy rok temu debiutujących Royal Blood ogłoszono „godnymi następcami The White Stripes”, miałam ochotę wyśmiać tego, kto wymyślił tak idiotyczne porównanie. Jednak komercyjny sukces duetu z Brighton i atmosfera, jaką tworzą na koncertach, pozwala stwierdzić, że w tych pochwałach tkwi ziarno prawdy.



Ich pierwszy koncert w Polsce podczas ostatniej edycji Open’era jest niemal owiany legendą. Mało kto go widział, bo zespół upchnięto na maleńkiej Alter Stage. Za to historię o zerwanej podłodze i masywnym, ogłuszającym występie słyszeli wszyscy. Dlatego wczoraj w klubie Palladium zjawiły się tłumy. Royal Blood powrócili do Polski z dziesiątkami nagród dla objawienia sezonu i błogosławieństwem Jimmy’ego Page’a. I choć wszyscy wiedzieliśmy, że przy tak skromnej ilości materiału, to nie może być długi koncert (50 minut), „skromny”, to ostatnie słowo, jakim można by go opisać.

4 najlepsze piosenki z koncertu Royal Blood

„Careless”

Kiedy po raz pierwszy usłyszałam ten numer na płycie, w mgnieniu oka nasunęło mi się jedno skojarzenie – Them Crooked Vultures. „Careless” ma dość podobne brzmienie chociażby do utworu „Dead End Friends”. Ani Josh Homme, ani Dave Grohl nie powstydziliby się umieścić takiej kompozycji na swoich dziełach. Zresztą lider Foo Fighters niejednokrotnie chwalił Royal Blood i zaprosił ich do zagrania wspólnej trasy razem z Iggym Popem. Niewielu debiutantów może pochwalić się takimi mentorami.

„Little Monster”

Jeden wielki wrzask, jaki wyrwał się z gardeł polskiej publiczności potwierdza, że jest to niezaprzeczalnie hit numer jeden w dorobku angielskiego duetu. Mike Kerr nawet nie musiał śpiewać tekstu, tłum zrobił to za niego. W końcu „Little Monster” to jeden z kawałków, które najczęściej pojawiają się w rozgłośniach radiowych. Najlepsze Piosenki umieściły go też w zestawieniu „27 najlepszych piosenek 2014 roku”.

„Ten Tonne Skeleton”

Mam wrażenie, że podłoga klubu Palladium przechodziła największe męki właśnie podczas „Ten Tonne Skeleton”, ostatniego singla Royal Blood. Na żywo numer brzmi genialnie, prosto i sugestywnie. Żadnych zbędnych ozdobników – tylko bas i perkusja. Utwór jest kompletnym zaprzeczeniem kompozycji proponowanych przez indierockowe kapele, które zachłysnęły się psychodelią i synthpopem. Kerr i Tatcher grają „Ten Tonne Skeleton” tak głośno i żywiołowo, że trudno się dziwić, iż publiczność wpadła w amok.

„Out Of The Black”

To dzięki tej piosence świat usłyszał o Royal Blood. Wzięli się znikąd, wszyscy dziwili się, jakim cudem dwa niepozorne miśki tworzą tak mięsiste dźwięki. Surowe połączenie perkusji i basu udającego gitarę dają piorunujący efekt końcowy. „Out Of The Black” był bez wątpienia najlepszym momentem koncertu w Palladium. Dowód na to stanowiły euforia i niedowierzanie, jakie były wymalowane na twarzach opuszczających klub widzów. Aż strach pomyśleć, jak dobry będzie drugi longplay Royal Blood.

Zobaczcie też naszą recenzję debiutanckiej płyty „Royal Blood”.

Fotografie Z. Sosnowska/Alter Art

Komentarze

Anita Ceglińska

Marzyła o siatkówce, a skończyło się na popkulturze. W ciągu dnia bada pokolenie Y, po godzinach recenzuje premiery filmowe i muzyczne. Choć spędza długie godziny na Tumblrze i konwentach, za nic nie przyzna się do bycia geekiem i obsesji na punkcie BBC i "Hannibala". Nie umie żyć bez koncertów. Jak każdy padawan Jacka White'a trzyma na parapecie dziesiątki płyt - powodów do dumy i wyrzutów sumienia. Kiedyś rzuci wszystko i wyjedzie na Islandię.