OFF Festival za nami. Zakończył się jeden z najlepszych weekendów w roku i trzeba czekać 12 miesięcy, by znów poczuć tę wolność, radość i swobodę. Bo OFF to festiwal inny niż wszystkie.
5. To jest festiwal dla starych ludzi
Zacznijmy od dość przyziemnej sprawy. Przekrój demograficzny na OFF Festivalu jest ogromny. Od berbeci w pieluchach, po naprawdę dojrzałych osobników. Nie da się jednak ukryć, że OFF Festival sprzyja zapracowanym, zmęczonym odwożeniem dzieci do szkoły czy na treningi – po prostu wszystkim w wieku 30+, którzy na myśl o open’erowych odległościach mają ochotę się rozpłakać. Może niektórzy jeszcze tego nie wiedzą, ale z wiekiem śmiganie od jednego do drugiego koncertu zaczyna być nie tylko męczące, ale i bolesne.
Na szczęście, na OFF-ie odległości są bardzo przyjazne, na dodatek program tak ułożony, by dźwięki z jednej sceny nie zakłócały tego, co dzieje się na innej. Dla młodych to wszystko może być mało istotne, ale ci, którzy od kilkunastu lat uczestniczą w masowych imprezach muzycznych, dziękują bogom (i Arturowi Rojkowi), że przemarsz ze sceny głównej na leśną to raptem kilka minut powolnym krokiem emeryta. A jeśli i tak się zmęczymy, zawsze można odpocząć na trawie i pogapić się w niebo.
4. Metal to też muzyka
Niestety, jestem dość wymagającym festiwalowiczem. Z prostej przyczyny. Pierwszy festiwal, na którym byłam to Roskilde. Logistycznie i gastronomicznie polskie imprezy już w sumie doszusowały do europejskich standardów. Niemniej nadal boli mnie, że większość niesprofilowanych festiwali nie zauważa czegoś takiego, jak metal. OFF jest tu chlubnym wyjątkiem, a organizatorzy i uczestnicy wiedzą, że to też muzyka. Na dodatek fani metalu są najlepsi (o czym pisaliśmy w tekście 7 powodów, dla których warto chodzić na metalowe festiwale). Nie przychodzą bowiem na koncerty się lansować, nie stoją pod sceną, by wrzucić ekstra fotę na Instagram, ale po prostu są fanami. Ich brak zblazowania i autentyczna miłość do hałasu stanowią miłą równowagę dla zapędów snobistyczno-influenserskich niektórych. Poza tym metal metalowi nierówny, co zresztą było widać na tegorocznym OFF Festivalu.
W składzie mieliśmy m.in. sludge’owe Om, które pewna osoba trafnie określiła metalem do zasypiania, ale także psychodeliczne Electric Wizard, karmione mlekiem Black Sabbath. Gdyby jednak ktoś się czepiał, że to taki naciągany metal, to była jeszcze nasza rodzima Entropia, czyli skrzyżowanie walca z młotem pneumatycznym napędzane paliwem samolotowym.
3. Od sasa do lasa
Skoro już poruszyliśmy kwestię repertuaru… Stwierdzenie, że program OFF Festivalu jest eklektyczny, to tak jakby powiedzieć, że „Długość dźwięku samotności” była w miarę znaną piosenką. Po wspomnianej Entropii dokładnie na tej samej scenie grała Hania Rani (która, jeśli ktoś nie pamięta, ukochała sobie fortepian i klasyczne dźwięki). Sensacją byli porywający do bliżej nieokreślonego tańca Bamba Pana & Makaveli z Tanzanii, a osobliwą ciekawostką – amerykańska młodzież z wyszczekaną frontmanką i święcącymi kulami, czyli Superogranism. Na scenach OFF-u można było ponadto zobaczyć roznegliżowanego, wytatuowanego grime’owca z Northampton – slowthaia oraz odprasowany, tradycyjnie ubrany Zespół Pieśni i Tańca Śląsk.
Jedni z punkową dzikością serca wyruszyli w podróż sentymentalną z niebiorącym jeńców Dezerterem, inni (albo często ci sami) w noc komety z ekipą Shabaki Hutchingsa – The Comet Is Coming – których odjechany jazz brzmi, jakby grany był na wstecznym biegu. Dla młodszych fanów melodyjnego rocka zagrali Foals, a dla starszych – Suede. Neneh Cherry zaskoczyła aranżacjami, Jarvis Cocker polszczyzną i sceniczną ekspresją, a Babu Król brakiem Smutnych Piosnek. Black Midi i Daughters hałasowali, że aż miło, a Durand Jones & The Indications roztapiali serca soulowym feelingiem.
2. Pełna kultura
Wystarczy kilka godzin na OFF Festivalu, by zaobserwować pewną rzecz. To jedna z nielicznych imprez masowych (zapewne nie tylko w naszym kraju), na której w zasadzie nie ma tzw. buractwa. Rzadko widać zataczające się jednostki, jeszcze rzadziej – chamów i gburów. Wszyscy grzecznie wyrzucają śmieci do koszy, stoją w kolejkach bez przepychania się, uśmiechają się i pomagają. Zresztą wystarczy spojrzeć, ile osób przyjeżdża na imprezę z dziećmi w najróżniejszym wieku. Gdyby nie było miło, spokojnie i kulturalnie, wątpię byśmy na OFF Festiwalu widzieli rodziców pchających wózki.
1. Jadę na OFF-a
Każdy, kto był na OFF Festivalu co najmniej dwa razy, nie zada pytania: „Na co jedziesz?”. Na OFF-a na pewno nie jedzie się dla gwiazd. Ba, nie jedzie się nawet dla konkretnych wykonawców (choć na koncerty niektórych czeka się bardziej niż na innych). Na OFF-a jedzie się dla klimatu, po to, by podążyć za grupką nieznajomych i odkryć absolutnie zaskakujące dźwiękowe połączenia. Po to, by zrezygnować z koncertu na dużej scenie i udać się na panel do kawiarni literackiej, gdy udział w nim bierze Jerzy Stuhr. Po to, by jeszcze bardziej otworzyć głowy i serca na muzykę, sztukę i ludzi.
Czytaj też: Najlepsze piosenki OFF Festivalu 2019