AC/DC należą się słowa uznania. Za chęć, wytrwałość i konsekwencję. Najmłodsi już nie są, ze zdrowiem różnie bywa, sprzedali 200 milionów płyt, a jednak weszli do studia i nagrali naprawdę dobry album.
W sesji nie mógł brać udziału Malcolm Young (gitarzysta cierpi na demencję), którego godnie zastąpił jego bratanek, Stevie (jego i Angusa oczywiście). Na domiar złego, już po ogłoszeniu planów wydawniczych, wybuchł skandal z perkusistą Phillem Ruddem (został oskarżony o grożenia śmiercią). I to nie złamało weteranów, którzy zapowiadają, iż wyruszą w trasę koncertową. Nie będziemy kłamać. Kilka numerów z „Rock or Bust” chętnie byśmy usłyszeli na żywo na polskiej ziemi.
RECENZJA: AC/DC – „Rock or Bust”
Koń jaki jest, każdy widzi. AC/DC jakie jest, każdy wie.
Recenzowanie albumu australijskiej kapeli jest tyle proste, co karkołomne. Walory tudzież atuty formacji są powszechnie znane i cała sztuka polega na tym, by opowiedzieć o tym wszystkim trochę inaczej niż zawsze. Myślę, że z takim samym problemem zmagali się muzycy, nagrywając „Rock or Bust”.
Od AC/DC wymaga się bowiem, by grało jak… AC/DC. Żeby były proste utwory, nośne refreny, cięte riffy, napędzany perkusją rytm i skrzeczący wokal. Po prostu, żeby był rock and roll. Udało się. Zespół nagrał 30 minut soczystych, hardrockowych dźwięków, w typowym dla siebie stylu. 11 numerów, które można wykrzykiwać na koncertach, 11 numerów o organicznym, gitarowym brzmieniu. Schabowy z ziemniakami. Żadnej niepożądanej finezji, kombinowania, eksperymentowania. Włączając „Rock or Bust” w dowolnym momencie, ani przez nanosekudnę nie będziemy mieć wątpliwości, z kim mamy do czynienia. Podstawowe zadanie, można powiedzieć, zostało zatem wykonane bezbłędnie.
O wielkości AC/DC świadczy jednak nie tylko styl, ale i piosenki. Rockowe petardy, potężne gitarowe hiciory, kawałki, które fani z miejsca przyswajają, a potem „oddają”, szalejąc pod sceną (czy barach karaoke). Tych na piętnastym longplay bandu raczej nie znajdziemy. Owszem, „Play Ball” wchodzi jak nóż w masło, marszowe „Dogs of War” sprawia, że pięści same się zaciskają, a „Sweet Candy” bezapelacyjnie fajnie będzie się skandować pod sceną, ale żadna z tych piosenek nie jest rozpędzoną lokomotywą, która nas rozjedzie w okamgnieniu, żadna nas nie znakoautuje. Nowe numery nie mają tego ognia, żaru, co największe klasyki AC/DC. Zespół chętnie kłania się bluesowi, stawia raczej na ciężar, niż power. Więcej w tych utworach dostojności, swoistej cementowej monumentalności, niż trotylowych eksplozji i piorunowej energii.
Nie zmienia to faktu, że „Rock or Bust” słucha się świetnie. 30 minut konkretnego hard rocka na poziomie. AC/DC wciąż są w formie i wciąż mają rock and rolla w sercu.
Premiera w Polsce: 2 grudnia 2014
Wydawca: Sony Music
Czytaj też 10 najlepszych piosenek AC/DC