Płyta „Ruby Dress Skinny Dog” to kolejny dowód na to, iż dobrze się stało, że Dawid Podsiadło wygrał „X-Factor”. Niewykluczone bowiem, że gdyby nie zwycięstwo w telewizyjnym talent-show, nie poznalibyśmy zespołu Curly Heads.
Curly Heads zaczynali jak miliony rockowych bandów. Koledzy ze szkoły, grający rocka, marzący o sławie. Grali kiedy się dało i gdzie się dało. Najczęściej dla znajomych bliższych i dalszych, a później stopniowo na coraz większych scenach. Zdobyli nawet wyróżnienie w Jarocinie. I wtedy… wokalista, Dawid Podsiadło, okazał się sensacją programu „X-Factor”. Z oczywistych względów, zespół Curly Heads poszedł w odstawkę, ale nie w zapomnienie.
– Myślę, że pomogły nam łączące nas więzi. Ufamy Dawidowi, a on nam, więc kiedy robił swoje rzeczy, nie martwiliśmy się, że nas zostawi, tylko w spokoju tworzyliśmy materiał – mówi Oskar Bała, gitarzysta formacji.
Dawid Podsiadło zawsze wiedział, że do Curly Heads powróci.
– Kiedy skończył się program, gdy już wiedziałem, że będę musiał robić płytę solową, tak negocjowałem kontrakt z wytwórnią, żeby w przyszłości nie było problemu z Curly Heads, żebyśmy mogli razem grać – wspomina. – Na tym najbardziej mi zależało i udało się.
Podczas gdy Dawid Podsiadło grał koncerty promujące solową płytę, reszta grupy szykowała materiał na pierwszy album Curly Heads.
Longplay nagrano w trójmiejskim studiu Custom34 (tu powstawały nagrania m.in. Myslovitz i Luxtorpedy). Nad brzmieniem czuwał Daniel Walczak (gitarzystą i szef muzyczny solowego zespołu Dawida Podsiadło).
RECENZJA: Curly Heads – „Ruby Dress Skinny Dog”
Domyślałam się, że płyta Curly Heads będzie dobra, nie przypuszczałam jednak, że aż tak dobra.
Zaczyna się fajnie, ale bez znamion czegoś ponad przyzwoity poziom. Ot, metaliczna gitara, nieco brudu, brytyjsko-nowojorski klimat, skoczna energia. „Love Again” to w zasadzie klasyczne indie/new rock revolution, jakie robiło furorę ponad dekadę temu. Nie będę kłamać. Przez całą płytę słychać echa zespołów pokroju Franz Ferdidand, The Strokes czy Interpol. Curly Heads mają jednak dwa solidne, dodatkowe atuty – gniew i Dawida Podsiadło.
Muzyka kapeli z Dąbrowy Górniczej zaskakująco często jest ostra, zadziorna. Zarówno w warstwie muzycznej, kiedy robi się nerwowo, kiedy instrumenty wydają się rozdrażnione, rozsierdzone („Burning Down”), ale przede wszystkim na poziomie emocji. I tu mamy ów drugi atut, czyli Dawida Podsiadło, który pokazuje znacznie szerszą paletę wokalnych umiejętności niż na solowej płycie. W jego głosie pojawia się nieznana dotąd wściekłość, nawet pewna dawka dzikości, drapieżności. Podsiadło przypomina tak wyśmienitych frontmanów jak Greg Dulli czy Eddie Vedder. Nie chodzi bynajmniej o barwę czy manierę, lecz o przekazywanie emocji („Synthlove”). O przyprawianie słuchacza o ciarki, o krzyki i wrzaski prosto z serca, z trzewi. O balansowanie na cienkiej linii dzielącej pasję od nieznośnej egzaltacji, dramaturgię od męczącej histerii.
Wróćmy jednak jeszcze do samej muzyki, utworów. Jak wspominałam, sporo tu indie-grania, prostych piosenek o koncertowym potencjale. Śląska ekipa nie boi się jednak ambitniejszych, bardziej złożonych kompozycji. Co ważniejsze, kapitalnie sobie z takim trudniejszym materiałem radzi. Ten zespół pisze świetne, zaraźliwe numery typu zwrotka-refren-zwrotka („Reconcile”), ale też zaskakuje pozytywnie, kiedy bawi się nieszablonowymi rozwiązaniami („Till You Got Me” z post-rockowym finałem, mroczne „Synthlove”, najbardziej zadziwiające w zestawie „M.A.B”). Dużo dzieje się również jeśli chodzi o brzmienie, aranżacje. Od akustycznych dźwięków, przez dudniący bas, metaliczne, melancholijne gitary i szalejące tamburyno, po syntetyczne zniekształcenia.
Płyta „Ruby Dress Skinny Dog” Curly Heads oferuje słuchaczowi dużo, a nawet bardzo dużo. To dzieło bogate, ciekawe i różnorodne pod każdym względem. Nie ma się jednak co oszukiwać, to muzyka, którą zachwycać będą się jednak przede wszystkim młode dziewczęta. Trudno jednak mieć o to jakiekolwiek pretensje do twórców, który bowiem zespół przy zdrowych zmysłach, nie chciałby rozkochać w sobie tłumu niewiast.
– Ja myślę, że to po prostu rock and roll – przekonywał przed premierą gitarzysta Curly Heads Oskar Bała. – To jest płyta, której trzeba słuchać głośno.
Amen!
Premiera: 20 października 2014
Wydawca: Sony Music
Najlepsze piosenki:
'HouseCall', 'Synthlove', 'Till You Got Me', 'Burning Down'