„Sol Invictus” musi się podobać z bardzo prostego powodu. To płyta Faith No More.
Sol Invictus to po łacinie Słońce Niezwyciężone. W ten sposób Rzymianie nazywali swoje bóstwo. 7 marca 321 roku cesarz Konstantyn I Wielki wprowadził niedzielę jako oficjalnie święto Sol Invictus -dies Solis. Doroczne święto Sol Invictus przypadało natomiast na 25 grudnia – stad zapewne data najważniejszego święta w chrześcijaństwie (choć w tej sprawie zdanie są podzielone).
„Sol Invictus” to pierwsza od czasu „Angel Dust” płyta Faith No More, która została nagrana w składzie takim jak poprzednia.
Producent Matt Wallace już po raz piąty pracował z Faith No More. Tym razem jednak jego obowiązki polegały jedynie na zmiksowaniu materiału. Twórca pomógł zaistnieć zespołowi Maroon 5 to on bowiem wyprodukował debiutancki album kapeli Adama Levine’a „Songs About Jane”.
Dziecko, które urodziło się w dniu ukazania się ostatniej płyty Faith No More „Album of the Year” będzie miało w dniu premiery „Sol Invictus” (19 maja) 17 lat i 348 dni.
RECENZJA Faith No More – „Sol Invictus”
Ostatnio w rozmowie znajomych usłyszałam stwierdzenie „nie pytam, czy lubicie Faith No More, bo zakładam, że każdy lubi Faith No More”. Analogicznie można to zastosować do najnowszego albumu kapeli.
„Sol Invictus” musi się podobać z bardzo prostego powodu. To płyta Faith No More. Z genialnymi utworami i… niegenialnymi. Rockowa, ale czasem dziwaczna, pokręcona. Eklektyczna, najeżona niekomercyjnymi pomysłami, pełna sprzeczności, przeciwieństw. Ładne melodie i eleganckie refreny żyjące w symbiozie z artystycznym bałaganem. Muzyczny chaos skonfrontowany z iście popowymi refrenami. Wrzaski Mike’a Pattona, burczący bas Billa Goulda i nieco egzotyki, zniekształconych dźwięków.
„Sol Invictus” nie przypomina żadnego z wcześniejszych albumów Faith No More, a zarazem ma coś wspólnego ze wszystkimi. Nie brzmi jak muzyka z lat 90., ale w żadnym wypadku nie jest zwierciadłem współczesnych trendów. Najlepsze, że słuchając tego krążka nie odnosimy wrażenia, jakby od poprzedniego „Album of the Year” minęło 18 lat. Coś takiego, potrafią tylko najwięksi i najlepsi. Najbardziej wyjątkowi artyści, których muzyka ma własne DNA.
W tym momencie należałoby w końcu powiedzieć, że nie jest to album wybitny, wielki, który przyćmi wszystkie inne wydawnictwa z tego roku. Jako całość nie porywa, nie miażdży, nie funduje nam przyjemnego mind fuck. Po prostu, jak to bywa w przypadku Faith No More, „Sol Invictus” jest nierówny. Takie „Cone of Shame” wypada dość przeciętnie, szczególnie po wyśmienitym nerwowym, niepokojącym „Separation Anxiety”. Wybrany na pierwszy promujący numer, lekko niemrawy „Motherfucker” jest co najwyżej w porządku, za to już dziki „Superhero” jest… super. Osobiście zachwyca mnie „Rise of the Fall” będący połączeniem ponurego dansingu z eksperymentami młodej, garażowej kapeli. Niektórym będzie brakowało wściekłych, agresywnych gitar, inni chcieliby pewnie więcej pojechanych klawiszy. Nie jest to szczyt możliwości zespołu, ale nie można powiedzieć, że nie są w formie.
Faith No More wrócili z tarczą. Nie jest to namiastka ich możliwości, ani popłuczyny po świetności sprzed dekad. Nie jest to dzieło kompromisów, ustępstw. To płyta Faith No More. Nie współczesnego, nie reaktywowanego, nie pogodzonego, nie starszego, nie wyrachowanego, nie innego. Po prostu… Faith No More.
Premiera w Polsce: 18 maja 2015
Wydawca: Mystic Production
Najlepsze piosenki:
'Superhero', 'Sunny Side Up', 'Separation Anxiety', 'Rise of the Fall'Ciągle można wygrać bilety na koncert Faith No More w naszym konkursie.
Pisaliśmy o najlepszych piosenkach Faith No More już dwa razy w tekstach „10 najlepszych piosenek Faith No More” oraz „10 najlepszych piosenek Faith No More Część II”.