Rozwrzeszczane, brudne „What Goes Boom” z gęstymi gitarami rozpromieni twarz każdego, kto stęsknił się za Pixies.
13 kwietnia 2004 roku w The Fine Line Music Cafe w Minneapolis, w stanie Minnesota odbył się pierwszy koncert reaktywowanej grupy Pixies. Niemal równo 10 lat później w sprzedaży pojawiła się pierwsza od 23 lat płyta kapeli. Przez ten czas zespół zdążył zwiedzić niemal cały świat (choć do Polski zawitają dopiero w czerwcu 2014 na Orange Warsaw Festival) i rozstać się z oryginalną członkinią, basistką, wokalistką i współkompozytorką Kim Deal.
Przez lata formacja wzbraniała się przed wejściem do studia. – Nawet Bono błagał nas, byśmy nagrali album – wyjawił w 2011 roku gitarzysta, Joey Santiago. – Obok czegoś takiego nie można przejść obojętnie. Sądzę, że po czymś takim powinniśmy przygotować kolejny longplay. Ale oczywiście decyzję muszą podjąć wszyscy.
Prace nad materiałem hamowała ponoć Deal, która absolutnie nie miała ochoty nagrywać nowych piosenek. I choć plotki pojawiały się regularnie, dopiero po odejściu rockmanki zaczęły coraz mniej mijać się z prawdą. Niemal od razu po ogłoszeniu rozłamu w szeregach Pixies (czerwiec 2013), pojawiły się pierwsze, oficjalne informacje o premierowych utworach, a następnie wydawnictwach. Kapela postanowiła bowiem nie przytłaczać fanów całym longplayem, lecz stopniowo dawkować muzykę w postaci EP-ek. Krążki o mało wyszukanych tytułach „EP1”, „EP2” i „EP3” ukazały się we wrześniu 2013 oraz w styczniu i marcu 2014 roku. Następnie całość została zebrana i skompilowana w postać nowej płyty „Indie Cindy” (bez żadnych nowych kawałków), co – nie bójmy się tego powiedzieć – trochę pachnie naciąganiem i lenistwem.
Za konsoletą zasiadł sprawdzony przez Pixies Gil Norton, a okładkę zaprojektował równie sprawdzony Vaughan Oliver.
Pixies o utworach z „Indie Cindy”:
„What Goes Boom”
– Riff był bardzo metalowy, było więc oczywiste, że pójdę w quasimetalowym kierunku – opowiada frontman. – Może tego nie słychać, ale w warstwie wokalnej inspirowałem się z kolei gwiazdą reggae, Eddym Grantem. Chodzi o pewien sposób frazowania. Nie próbuję udawać karaibskiego akcentu, ale chodzi o klimat i styl.
„Greens and Blues”
W zamierzeniu piosenka miała być lepszą wersją „Gigantic”, czyli klasyka Pixies z 1988 roku. – Muzycznie, emocjonalnie i psychologicznie ta piosenka znajduje się w tym samym miejscu, co „Gigantic” – przekonywał wokalista.
„Indie Cindy”
Piosenka powstała w… Starbucksie, w Cambridge, nieopodal miejsca, gdzie blisko 30 lat wcześniej Black napisał część tekstu do „Break My Body”. – Zazwyczaj najpierw piszę muzykę, później słowa, ale świadomy tego, gdzie jestem, chciałem napisać tekst i tak złamałem swoją rutynę – opowiada frontman.
„Bagboy”
Kawałek powstał 4 lata przed wydaniem i początkowo miał bardziej bluesowy charakter. – Podczas jednej z prób Kim (Deal) zaczęła przebudowywać tę piosenkę, by była nieco lżejsza, świeższa – przyznaje wokalista. – Od tamtej pory przeszła sporo transformacji.
„Magdalena 318”
Jedna z niewielu piosenek, która powstała w organiczny sposób, w wyniku jam session. – Przyjechaliśmy z Davidem (Loveringiem, perkusistą) do studia wcześniej niż reszta i zaczęliśmy rozkładać sprzęty, sprawdzać brzmienie i w efekcie powstało kilka riffów, z których jeden dał początek piosence „Magdalena 318” – wspomina Black.
„Silver Snail”
– Bawiłem się z moim synem, rysowałem ślimaka i przypomniałem sobie, że podczas rysowania, malowania, mózg wchodzi w pewien specyficzny stan – opowiada wokalista. – Akurat miałem blokadę twórczą, pojechałem więc do taniego motelu i wziąłem ze sobą przybory plastyczne. Kiedy się zacinałem, pisząc piosenkę, zaczynałem rysować.
Sam utwór traktuje o zespole, a w szczególności o mroczniejszych aspektach historii.
„Blue Eyed Hexe”
– To ja przyniosłem krowi dzwonek i uznałem, że będzie pasował do tej piosenki – powiedział bębniarz.
– Gil (Norton, producent) chciał, żeby było dużo krzyku, a dla mnie było to trochę szpanerskie – mówi Black. – Jakbym krzyczał, bo po prostu potrafię to robić. Postanowiłem włożyć to w kontekst w stylu AC/DC, w bardziej popowe środowisko. (…) Kombinowałem więc, by wyszedł z tego kawałek w typie AC/DC, bo po pierwsze są świetni, po drugie to ulubiona kapela Joeya (Santiago, gitarzysty).
– Kiedy powiedział, że chyba za bardzo przypomina AC/DC, ja odpowiedziałem: „Dziękuję” – śmieje się gitarzysta.
„Ring the Bell”
Numer powstał w domu Gila Nortona, w nadmorskim mieście Dorset, w Anglii. – To zasadniczo piosenka o morzu w futurystycznym kontekście – mówi Francis.
„Another Toe in the Ocean”
– W tym utworze też pojawia się wątek nautyczny – wyjaśnia lider. – Piosenka opowiada o ludziach z Północy, ludziach żyjących nad morzem, w krainach skutych lodem.
„Andro Queen”
Metrum piosenki zostało „skradzione” z przeboju „The Great Pretender” The Platters z lat 50. (później coverowanym przez Dolly Parton i Freddiego Mercury’ego). – Czasem czytam dzieciom na dobranoc teksty piosenek – tłumaczy Black. – Moja córka Lucy, bardzo lubi ten utwór i któregoś dnia czytałem im właśnie „The Great Pretender”. Wtedy przyszedł mi pomysł, by wykorzystać to metrum.
„Snakes”
– Słuchaliśmy wtedy sporo Steve’a Reicha i to była nasza interpretacja, która zresztą wyszła całkiem przypadkowo – mówi Santiago.
„Jaime Bravo”
Jaime Bravo był meksykańskim matadorem, który zginął w wypadku samochodowym w 1970 roku. – Z tej piosenki jestem naprawdę dumny – opowiada gitarzysta. – Idealnie udało mi się dopasować moją grę do tekstu. – Słychać byka, walkę, wypadek – to, co zrobiłem jest niemal jak soundtrack.
RECENZJA Pixies – „Indie Cindy”
„Indie Cindy” wygląda jak płyta Pixies i brzmi jak płyta Pixies, ale raczej nie będzie to ulubiona płyta fanów Pixies.
Od razu zaznaczę, że mnie akurat nowy album bostońskiej kapeli się podoba, acz w stopniu umiarkowanym, a raczej do pewnego momentu. Zaczyna się mocno i konkretnie. Rozwrzeszczane, brudne „What Goes Boom” z gęstymi gitarami rozpromieni twarz każdego, kto stęsknił się za Pixies. Niestety, nie mamy do czynienia z hitchcockowskim scenariuszem i po tym trzęsieniu ziemi napięcie nie wzrasta. Do „Blue Eyed Hexe” jest jednak całkiem dobrze – bez rewolucji, na bazie brzmienia, jakie lubimy. We wspomnianym „Blue Eyed Hexe” gitary całkiem nieźle szaleją, a Francis wydziera się, jakby został nowym wokalistą AC/DC. „Bagboy” z żeńskim chórkiem w stylu Kim Deal sprawdza się jako singel i ładna wizytówka zespołu, numer tytułowy przypomina z kolei, że Amerykanie świetnie potrafią łączyć ostre granie z akustycznym. Może nie ma wielkich melodii, riffów, które rozdzierają serce, ale ogólnie jest w porządku. Dopóki nie pojawia się koszmarek „Ring the Bell”, który brzmi jak cover band Pixies. I do końca mamy jakąś nijaką, pozbawioną charakteru, miałką indie-papkę z okropnym, wynaturzonym „Andro Queen” na czele. Jasne, czasem bas rozkosznie zaburczy, a gitara czasem wyda piękny metaliczny dźwięk, ale kompozycje są słabiutkie i bledziutkie niczym wampirze lico.
Nie chcę się za bardzo pastwić, bo jednak ciężko było spodziewać się wielkiego dzieła, powalającego powrotu. W końcu minęło 10 lat odkąd Pixies wznowili działalność, materiał powstawał już bez Deal, a całość wcześniej została wydana na EP-kach. Wziąwszy to pod uwagę, raczej trudno oczekiwać longplaya pełnego żaru, na którym słychać głód grania. Wstydu nie ma, sporo numerów jest naprawdę udanych, jeszcze więcej jest znakomitych, pojedynczych pomysłów, niezmiennie broni się brzmienie i tyle.
„Indie Cindy” potwierdza, że większość reaktywacji sprawdza się genialnie, ale na żywo.
Wydawca: Mystic Production
Premiera w Polsce: 28 kwietnia 2014
Najlepsze piosenki:
'What Goes Boom', 'Blue Eyed Hexe' oraz 'Magdalena 318'Przypomnijmy, że Pixies są jedną z gwiazd Orange Warsaw Festival. Pixies zagrają 13 czerwca na Orange Stage.