Są liczne zespoły niezależne. Wśród nich naprawdę ciekawe i warte posłuchania. I jest Swans. Unosi się wysoko nad nimi wszystkimi.
W roku 1982, w którym nasi futboliści osiągali na hiszpańskich boiskach ostatnie tak wielkie sukcesy, a Żelazna Dama wysłała żołnierzy, aby walczyli o Falklandy, w nowym Jorku wokalista i gitarzysta Michael Gira wraz z grupą podobnie zakręconych przyjaciół rozpoczynał szalone eksperymenty brzmieniowe. Hałasowali w nowojorskich klubach mniej więcej w tym samym czasie, co inna z późniejszych legend alternatywy, Sonic Youth. Różnie określano ich muzykę. Najczęściej pojawiały się określenia no wave oraz rock eksperymentalny.
W 1984 roku do składu dołączyła grająca na klawiszach i potem także śpiewająca Jarboe La Salle Deveraux, znana po prostu jako Jarboe. Mająca fioła na punkcie muzyki Swans odkąd usłyszała debiutancki album „Filth”. Zanim Jarboe zaczęła nagrywać z zespołem Giry, formacja miała już na koncie drugą płytę „Cop”, oraz wydaną jeszcze w 1982 roku EP-kę „Swans” o dwa lata późniejszą „Young God”. Gira i Jarboe stworzyli parę na scenie, a także na lata w życiu prywatnym. Związek rozpadł się z powodu alkoholizmu Michaela.
Pierwszy okres istnienia Swans to lata 1982 – 1997. Powstały w nim klasyki muzyki alternatywnej, już niekoniecznie tak hałaśliwej i eksperymentalnej jak w pierwszych latach – „Greed” (1986), „Holy Money” (1986), „Children Of God” (1987), „The Burning World” (1989), „White Light From The Mouth Of Infinity” (1991), „Love Of Life” (1992), czy „The Great Annihilator”.
Po ukazaniu się płyty „Soundtracks For The Blind” i promującej ją trasie koncertowej, Gira rozwiązał Swans. Zajął się promowaniem, produkowaniem muzyki, a także nagrywaniem pod szyldem Angels Of Light. Jarboe rozpoczęła bardzo udaną karierę solową, zyskując reputację niezwykle wszechstronnej wokalistki i ciekawej performerki.
Gira w 2010 roku reaktywował Swans. Okazało się, że artysta ma wiele ciekawego do powiedzenia, co udowodnił wszystkimi wydanymi od powrotu płytami – „My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky” (2010) oraz monumentalnymi „The Seer” (2012) i „To Be Kind” (2014). Swans zarówno w pierwszym okresie istnienia, jak i po reaktywacji, parokrotnie gościł w Polsce, za każdym razem dając znakomite, doskonale przyjęte koncerty.
RECENZJA Swans – „To Be Kind”
Są liczne zespoły niezależne. Wśród nich naprawdę ciekawe i warte posłuchania. I jest Swans. Unosi się wysoko nad nimi wszystkimi. O sięgnięciu do poziomu zespołu Michaela Giry inni mogą tylko marzyć. Bo on gra w jakiejś innej, kosmicznej lidze mistrzów.
Padłem na kolana przed „The Seer”. Padam i przed „To Be Kind”. Dwie godziny muzyki absolutnie wspaniałej. Zapadamy się w nią kompletnie, czy też ona nas wsysa, wciąga i trzyma nieustającym napięciu na to, co będzie za chwilę. Jesteśmy prowadzeni przez bluesowo-rockowo-psychodeliczny teatr, sprawiający wrażenie dziejącego się przed naszymi oczami i uszami, w którym główne role rozdaje improwizacja. Wiem, że tak album nie powstał, że utwory były, w dużej mierze, wcześniej wypróbowane na koncertach, a później dopracowane w studiu. Kiedy jednak pochłoną nas te dźwięki, ciężko obronić się przed wrażeniem, że czymś nas odurzono i staliśmy się świadkami wyjątkowej historii, którą opowiada nam charyzmatyczny i wszechstronny aktor, który ma nas cały czas w garści.
Swans nagrał arcydzieło. Brzmiące żywo, prawdziwie. Dające wrażenie, jakbyśmy byli na widowni tuż przed sceną i podziwiali sztukę pod tytułem „To Be Kind”. Nie znajduję momentów, które mnie nużą, męczą, nie są w stanie sprawić, abym podążył za nimi. Emocje zmieniają się falami, do których dolano narkotyczno-psychodeliczny ekstrakt. A on działa tak, że w osłupieniu pożenionym z podziwem wchłaniamy to, co dzieje się przez nieco ponad dwie godziny.
Padłem na kolana przed „The Seer”. Padam i przed „To Be Kind”. Dwie godziny muzyki absolutnie wspaniałej.
Odniosłem wrażenie, że „To Be Kind” jest nieco mniej perkusyjna niż poprzedniczka, a rolę główną napisał dla siebie Gira. To, co robi on ze sobą, a w konsekwencji z naszymi emocjami w monumentalnym „Bring The Sun / Toussaint L’Ouverture” to skończony geniusz. Są na płycie ciekawi goście, choćby fantastyczny bębniarz Bill Rieflin (m.in. Ministry), St. Vincent czy znana ze współpracy z Antonym Hegartym wiolonczelistka Julia Kent, ale wszystkich przysłania lider Swans.
„To Be Kind” to rendez vous z muzyką hipnotyzującą, transową, bogatą aranżacyjnie i pod względem wielobarwności emocji. Swans od powrotu z każdą płytą wspina się jakościowo o kilka szczebli wyżej, stając się mistrzem we własnej lidze, o której inni mogą tylko pomarzyć. Zadaję sobie teraz jedno pytanie – czy są w stanie pójść jeszcze dalej? Poczekam, pewnie parę lat, na odpowiedź, smakując to wybitne dzieło.
Premiera: 12 maja 2014
Wydawca: Mystic Production
Najlepsze piosenki:
'Bring The Sun / Toussaint L'Ouverture', 'To Be Kind', 'Just A Little Boy (For Chester Burnett)'