Róisín Murphy to artystka wyjątkowa. Może nie jest jak Pablo Picasso, który kilka rewolucji w sztuce sam dokonał, raczej bardziej jest z niej Amedeo Modigliani. Irlandka podobnie jak Włoch tworzy nieco na uboczu głównej sceny, ale jej sztuka jest oryginalna i od razu rozpoznawalna.
Trochę może przeginam z tym porównaniem do Modiglianiego. W końcu Róisín Murphy osiągnęła sukces już za życia, podczas gdy urodzonego w Livorno malarza doceniono dopiero po śmierci. Tak nawiasem mówiąc za wiele tego życia na sukces Włoch nie miał – zmarł na gruźlicę mając 35 lat. Róisín Murphy mając lat 36… urodziła pierwsze dziecko, zaraz potem urodziła drugie dziecko – m.in. z tych dwóch dość ważnych powodów czekaliśmy na jej nową płytę aż 8 lat.
O co mi chodzi z tym Modiglianim? Trudno powiedzieć. Może warto dodać, że tytuł „Hariless Toys” nie oznacza… nic. Róisín Murphy wpadła na te słowa przez przypadek i wybrała je na tytuł albumu uważając, że każdy będzie mógł dopisać do nich swoje znaczenie (bo przecież płyta nie jest ani o zabawkach, ani tym bardziej nie ma nic wspólnego z brakiem włosów).
Może już przejdźmy do recenzji, bo dziwne rzeczy dziś wypisuje.
RECENZJA Róisín Murphy – „Hariless Toys”
„Hariless Toys” nie jest powrotem do stylu Moloko, nie przypomina ani pierwszej, ani drugiej solowej płyty Róisín Murphy, a jednak to album dokładnie taki, jakiego należało spodziewać się po Róisín w 2015 roku.
Długo czekaliśmy na longplay Róisín Murphy. Od „Overpowered” były pojedyncze gościnnie występy czy włoska EP-ka zrealizowana z życiowym partnerem wokalistki. Przez osiem lat od poprzedniego albumu zmieniło się wiele, nie tylko w życiu Murphy (ma dwoje dzieci), ale i po prostu w świecie. Inne realia branży, inny sposób tworzenia i wydawania muzyki. Wszystko to sprawiło, że „Hariless Toys” jest swoistym, artystycznym manifestem Róisín Murphy. Dojrzała, świadoma swej kobiecości, pewna siebie, ale i otwarta na eksperymenty – oto Murphy z 2015 roku. Wyraziste kolory oraz bogactwo z jednej strony, a z drugiej i mrok oraz minimalizm. Pozornie przeciwstawne elementy, które zgodnie z zamierzeniem Murphy świetnie się uzupełniają.
Jedni mówią o wysmakowanym disco, inni o house’owych mutacjach, a to po prostu elektroniczna płyta. O różnych fakturach, formach odcieniach. Od błyszczącego, tęczowego „Evil Eyes”, przez radioheadowo zamulone i zapętlone „Exploitation” i niemal folkowe „Exile” po zmysłowe „Uninvited Guest”. Piękna jest produkcja tej płyty. Koronkowa, „ręczna”, zachwycająca mnogością detali i ich selektywnością. Wiele planów, warstw, ale nic się nie zlewa, nie „skleja”.
Nie da się zaprzeczyć, to płyta ambitna, rozbudowana, złożona muzycznie, ale nie znaczy, że zupełnie wyrzucona z popowego uniwersum. Niekoniecznie znajdziemy tu przebojowe piosenki w stylu „Overpowered” czy „If We’re in Love”, ultrachwytliwe refreny, ale melodii i przystępności nie brakuje. „Hariless Toys” nie jest dziełem trudnym – nieco wymagającym owszem, nieoczywistym, jak najbardziej. Mniej do tańczenia, bardziej do słuchania. To płyta 41-letniej wokalistki, matki, partnerki, która nie chce zabrać nas na klubową imprezę, lecz pokazać swój dźwiękowy dom.
Premiera w Polsce: 11 maja 2015
Wydawca: Mystic Production