Royal Blood zaczynali grając na weselach, by stać się jedną z popularniejszych kapel 2014 roku.
Na Royal Blood jako jeden z pierwszych poznał się Matt Helders, perkusista Arctic Monkeys, który podczas koncertu na Glastonbury (latem 2013 roku) ubrany był w koszulkę zespołu. Niewątpliwie była to świetna reklama i o dwóch kolesiach z Brighton zaczęło się robić głośno.
Po podpisaniu kontraktu z Warnerem wydali we wrześniu 2013 roku pierwszy singel „Out Of The Black”. W styczniu 2014 duet, który tworzą basista/wokalista Mike Kerr oraz perkusista Ben Thatcher, otrzymał nominację do BBC Sound of 2014. Arctic Monkeys, z którymi dzielili menedżment, zaprosili ich później jako support na występ w Finsbury Park. „Tyle” wystarczyło, by Royal Blood okrzyknięto rockowym debiutem 2014 roku. Świetna frekwencja i reakcje publiczności na festiwalowych koncertach (South by Southwest w Teksasie, Download, Glastonbury Festival, Open’er) potwierdziły, że Anglicy zasłużyli na tytuł. Podobnie jak imienny album, który na Wyspach okazał się najszybciej sprzedającym się rockowym debiutem od 3 lat, czyli od wydania płyty Noel Gallagher’s High Flying Birds.
Ich pomysł na muzykę: „Czy riff może być refrenem? Czy klasyczną piosenkę – zwrotka, refren, przejście – można zbudować wyłącznie z riffów?”. Odpowiedź brzmi: tak i tak.
RECENZJA: Royal Blood – „Royal Blood”
Jakie byłoby wspólne dziecko Jacka White’a, Josha Homme’a i Dave’a Grohla? Oczywiście, zajebiste! I na pewno miałoby świetną figurę. Poza tym grałoby jak Royal Blood.
Royal Blood to kwintesencja rock and rolla i absolutnie wszystko, za co kochamy to wspaniałe gitarowe granie. Brud, energia, power i testosteron. Refreny do wykrzykiwania pod sceną, chłoszczące riffy, dynamiczna perkusja. Duet z Brighton już zdobył serca fanów zarówno w Europie jak i Stanach, grając świetne koncerty. Swym debiutanckim albumem panowie Mike Kerr i Ben Thatcher pokazują, że lekcje z muzyki rockowej wykuli na blachę.
Royal Blood garściami czerpią z dokonań wspomnianych wyżej White’a (m.in. „Ten Tonne Skeleton”), Homme’a („You Can Be So Cruel”) i trochę Grohla (motoryka w „Figure It Out”). Innymi słowy riffy są pokryte sporą warstwą pustynnego kurzu, zdarzają się bluesowe odchylenia, tamburyna ślicznie brzęczą, a każda minuta piosenki jest po brzegi wypchana dźwiękami. Kapela gra głośno, z pasją i, co dziś coraz rzadsze, po męsku, z pewną dawką australijskiej szorstkości. Całość brzmi mocno, soczyście i prawdziwie.
Gdybym miała się czepiać, Mike Kerr mógłby wokalnie nie ścigać się z Jackiem White’em, kiedy bowiem śpiewa swoim głosem wypada znacznie lepiej. Poza tym, „Royal Blood”, to może niekoniecznie oryginalna, ale wyjątkowo smakowita i zaraźliwa dawka rock and rolla w swej grząskiej, garażowej, zadziornej postaci.
Rock and roll został wymyślony dawno temu i nikt go drugi raz nie wymyśli. Co więcej, nie chodzi o to, by w tej muzyce kombinować i eksperymentować. Tu się liczy prostota i szczerość. Zaangażowanie i bezkompromisowość. Angielski duet doskonale to wie i dlatego ich płyta od razu rozchodzi się jak ciepłe bułeczki a po występach pozostają poniszczone parkiety.
Premiera 22.08.2014
Wydawca: Warner Music Poland