Niejedna osoba, w tym zapewne członkowie zespołu, mieli spore wątpliwości, czy piąty longplay Slipknot w ogóle powstanie. Czy zespół znajdzie chęć, motywację, czy problemy uda się przezwyciężyć.
Łatwo na pewno nie było. W maju 2010 roku zmarł Paul Gray, znany też jako The Pig czy #2. Basista przedawkował morfinę i inne środki. Lekarzowi muzyka, Danielowi Baldiemu postawiono zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci za przepisywanie dużych dawek leków zarówno Grayowi, jak i co najmniej siedmiu innym pacjentom. Medyk został jednak uniewinniony.
Po śmierci Graya automatycznie pojawiły się pytania o przyszłość zespołu. W 2011 roku, kapela jednak wróciła, dając kilka koncertów w Europie. Zaczęły docierać też pierwsze doniesienia o nowej płycie. Kiedy wydawało się, że zespół się pozbierał i jest na dobrej drodze, by wrócić na pełnych obrotach, gruchnęła wiadomość, iż szeregi Slipknot opuścił Joey Jordison. Tłumaczono, że decyzję podjął, kierując się osobistymi pobudkami. Perkusista utrzymywał jednak, iż nie odszedł i był dość zszokowany tą wiadomością. Choć okoliczności nie zostały wyjaśnione, stało się jasne, że bębniarz nie należy już do zespołu, a Corey Taylor podkreślał, że nie brał udziału w pracach nad nadchodzącym krążkiem. Ostatecznie pozostali członkowie Slipknot skorzystali z pomocy muzyków sesyjnych.
W przedpremierowych zapowiedziach, które okazały się dość trafne, frontman przekonywał, że „.5: The Gray Chapter” na muzycznej mapie Slipknot znajduje się gdzieś między krążkami „Iowa” (2001) i „Vol. 3: (The Subliminal Verses)” (2004). Innymi słowy, jest tu brutalność pierwszego z wymienionych albumów oraz piękne melodie znane z drugiego ze wspomnianych krążków.
– Jest tu pewna historia, ale nie ma ogólnego zarysu. Ta płyta jest niczym film Quentina Tarantino, kiedy ten skacze z jednego wątku na drugi i pokazuje, o co chodzi – tłumaczył wokalista Slipknot. – Tego typu to album. Bez linearnej narracji. Każda piosenka ukazuje inną cześć, ale zebrane razem na swój sposób tworzą pewną całość.
RECENZJA: Slipknot – „.5: The Gray Chapter”
Z nową płytą Slipknot jest jak z pierwszą wizytą przyszłej teściowej.
Wielu skreśliło już Slipknot. Po pierwsze, coraz bardziej się komercjalizowali, a Corey Taylor coraz częściej mylił zamaskowaną kapelę ze swym drugim zespołem Stone Sour. Słowem, grupa z Des Moines, stopniowo traciła swój charakter, stając się po prostu kolejnym rock-metalowym bandem, po który chętnie sięgają układający ramówki rozgłośni rockowych. Po drugie, o czym więcej powyżej, nowa płyta powstawała bez dwóch ważnych członków – basisty Paula Graya oraz perkusisty Joeya Jordisona. Po trzecie dość długa przerwa w nagraniach (6 lat) i ogólnie długi staż (w przyszłym roku Slipknot stuknie 20 lat) sprawiają, że część osób już wyrosła z ich muzyki, częściowo straciła zainteresowanie. I tu pojawia się casus wizyty teściowej.
Sięgając po „.5: The Gray Chapter” odczuwa się nie ekscytację, nie ciekawość, ale strach. Strach, żeby nie było wstydu. To jest najważniejsze. Nie musi być wspaniale, cudownie i wiekopomnie. Byle nie było wstydu. Historia wielokrotnie pokazała, że takie „powroty” kończą się wielkim rozczarowaniem i tak ciężkim do pozbycia się poczuciem zażenowania. Tego właśnie najbardziej obawiałam się włączając nowy albumu Slipknot. Że pozostanie niesmak, rozgoryczenie i złamane serce. Uff! Nic z tych rzeczy.
„.5: The Gray Chapter” brzmi solidnie, siarczyście, slipknotowo. Jest mocno, szybko, motorycznie, dynamicznie, ostro, gęsto, agresywnie. Bywa też topornie, masywnie. Oczywiście, nie brakuje melodii, ultraharmonijnych refrenów, ale nie są one elementem dominującym i nierzadko zrównoważone są naprawdę wściekłymi motywami (chórki kontra balasty w „AOV”). Choć mamy kilka potencjalnych hitów, z fantastycznymi melodiami, jakie tylko Slipknot potrafi pisać (świetne „The Devil in I”, „Nomadic” z panterowym riffem), jednak gros materiału jest przede wszystkim brutalna, dzika, surowa („Lech”). Czeka nas po prostu potężna dawka bezlitosnego łojenia („The Negative One”). Greg Fidelman zadbał, by produkcja nie była zbyt gładka, zbyt wypolerowana. Postawił na brud, pewną chropowatość, acz nie zapominając, że to nie garażowa, półamtorska płytka, lecz krążek uznanej kapeli, która sprzedała ponad 20 milionów albumów na całym świecie, więc musi brzmieć profesjonalnie, selektywnie.
W tytule „.5: The Gray Chapter” zawarte są dwie kluczowe informacje – Gray i Chapter. Gray to oczywiste nawiązanie do basisty, hołd dla zmarłego muzyka. Chapter czyli rozdział wskazują na nowy, wielce obiecujący etap w karierze Slipknot. Ci kolesie jeszcze nie powiedzieli ostatniego słowa.
Premiera w Polsce: 21 października
Wydawca: Warner Music Poland