Faith No More w Krakowie + 6 najlepszych piosenek



Faith No More są starzy, ale jarzy. Może banalne to stwierdzenie, ale najlepiej podsumowuje koncert zespołu w Tauron Kraków Arenie.

Z padającymi regularnie ze sceny oświadczeniami, że muzycy są starzy nie zmierzam polemizować. Są. Mike Patton musiał się trochę rozgrzać nim zamiast wrzasków zaczął wydawać z siebie bardziej różnorodne dźwięki, Mike Bordin zaliczył kilka potknięć na swoich bębnach, niemal wszystkie numery były nieco wolniejsze, a w pierwszej części koncertu nim akustyk (pewnie też stary) się ogarnął (delikatnie rzecz ujmując nagłośnienie na początku nie było doskonałe, za dużo basu, każdy jakby grał sobie) brakowało żaru i tak znakomicie kopiący numer jak „Be Aggressive” nie był w stanie porządnie rozruszać publiczności. Na szczęście „Midlife Crisis” zrobiło swoje. Fani (nie oszukujmy się, też trochę starzy jesteśmy) obudzili się, zaczęły się chóralne śpiewy, skakanie, słowem, solidny rockowy koncert. Z interakcją (panowie lubią sobie pogadać ze sceny i pożartować niesmacznie o piwie ze spermą), gremialnymi krzykami, skandowaniem, wymachiwaniem pięściami itd.



Jeśli chodzi o oprawę, nic od paru lat się nie zmienia. Biała płachta z tyłu, biała scena, białe garniturki, nawet techniczni przed show biegają w białych strojach. Jedyną atrakcją na scenie są kwiaty i kula disco migocząca majtkowo-różownym światłem na coverach („Easy”, „This Guy’s in Love With You”). Żadnych miotaczy płomieni, laserów ani nawet telebimów co nas, ludzi mierzących 1,60 m trochę jednak boli. Słowem, oldschool – muzycy, publiczność i chemia.

Na pewno było za krótko, na pewno brakowało kilku wściekłych, bardziej agresywnych kawałków. Nie był to koncert, który zmieni kogoś życie, ale było to spotkanie ze starym, dobrym Faith No More. Udane spotkanie.

Ponieważ nazwa strony zobowiązuje, napiszemy o najlepszych piosenkach na koncercie Faith No More (kolejność przypadkowa).

6 najlepszych piosenek na koncercie Faith No More

„Midlife Crisis”

Numer ma prawie 25 lat, a nadal miażdży. Jak dla mnie, od tego momentu porządnie zaczął się koncert. Wtedy wszystkie trybiki zaczęły działać właściwie, bez zgrzytów i tarć. Solidna dawka energii i pierwotna dzikość, którą staruszkowie z Faith No More potrafili jakoś wykrzesać. No i dramaturgia, z fajnym przełamaniem w postaci cytatu „Strawberry Letter 23” The Brothers Johnson.


„Separation Anxiety”

Nowych piosenek było sporo (aż 6) i „Separation Anxiety” (obok „Superhero”, który się fajnie śpiewa), wypadła najlepiej. Piękny, głęboki, burczący, skradający się bas, mroczny i wgryzający się klimat. Nieco nerwowości i muzycznego thrillera. „Motherfucker” nieźle nadaje się na początek koncertu, ale reszta utworów z „Sol Invictus” ma na żywo niewielką siłę rażenia.

„This Guy’s in Love With You”

„Easy” mogli sobie podarować. Rozumiem, że to „ich” największy hit, że starsi panowie potrzebują nieco łagodniejszych piosnek, by odsapnąć, ale jest to jednak kiczowate i rozbijające atmosferę. Co innego w przypadku przeróbki Burta Bacharacha. Rzecz bardziej elegancka, romantyczna, też zalatująca dansingiem, ale przynajmniej nie tak oklepana jak „Easy”.

„Epic”

„Epic” podobnie jak „Evidence” Faith No More zagrali niestety zbyt szybko (nie chodzi o tempo, lecz miejsce na setliście). Nim muzycy Faith No More zdążyli się dotrzeć i rozkręcić. Oczywiście, pierwsze dźwięki wywołały ekstatyczną reakcję, ale im dalej w numer, uniesienie lekko siadało zamiast wzrastać. No, ale te pojechane klawisze, gitarowe solo i ogólna kultowość zrobiły swoje.

„The Gentle Art of Making Enemies”

Numer z kategorii „jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma”. Czyli marzyło nam się wściekłe „Digging the Grave”, ale skondensowane brzmieniowo, szczkejąco-kąsające „The Gentle Art of Making Enemies” też nas ucieszyło.

„Last Cup of Sorrow”

Niby to jedna z łagodniejszych piosenek Faith No More, ale wypada wyśmienicie na żywo. Nie tylko jest w niej coś dostojnego, majestatycznego o rozmiarach idealnie dopasowanych do wielkiej hali, ale ma odpowiednią melodyjność, pozwalającą łatwo zaangażować się fanom zgromadzonym pod sceną. Mocne, rockowe granie.

Setlista:
„Motherfucker”
„Be Aggressive”
„Caffeine”
„Evidence”
„Epic”
„Black Friday”
„The Gentle Art of Making Enemies”
„Midlife Crisis” (z fragmentem „Strawberry Letter 23” z repertuaru The Brothers Johnson)
„Everything’s Ruined”
„Cuckoo for Caca”
„Easy (The Commodores cover) ”
„Last Cup of Sorrow”
„Separation Anxiety”
„Matador”
„Ashes to Ashes”
„Superhero”
Bis:
„Sol Invictus”
„This Guy’s in Love With You” (Burt Bacharach cover)
„We Care a Lot”

Fotografie: Przemysław Kokot


Komentarze

Anka Szymla

Mimo młodego wieku Anka Szymla napisała już 7895 recenzji, które ukazywały się m.in. w Onecie i WirtualnejPolsce. Za swoim ulubionym zespołem potrafi pojechać nawet do... Berlina. Nie proście jej o przysługę podczas Australian Open bo jest wtedy mocno niewyspana. Kocha Dave'a Grohla, Roba Zombie, Trenta Reznora i Josha Homme'a. Zapomina o nich szybko gdy Polsat puszcza pierwszą "Szklaną pułapkę", bo najbardziej kocha Bruce'a Willisa z czasów gdy miał jeszcze odrobinę włosów.