Powinnam odsądzać Gerarda Waya od czci i wiary. Niekwestionowany król emo dziatwy i prowodyr czarnej parady śmiał porwać się na dziedzictwo Jarvisa Cockera i Davida Bowiego. Jednak solowy debiut lidera My Chemical Romance jest tak udaną reinterpretacją britpopu i glamrocka, że przekląć go nie mogę.
Symptomy tej odmiany pojawiały się już za czasów działalności emo kapeli. Najsłynniejszy ich album – „The Black Parade” jest przecież prawdziwą rockową operą, garściami czerpiącą z pompatyczności i rozmachu Davida Bowiego. Grupa nie dawała koncertów, a groteskowe, mroczne spektakle. Także kolejna płyta, „Danger Days: The True Lives of the Fabulous Filljoys” nawiązywała w tekstach, melodiach a także i w koncepcji graficznej do postaci Ziggy’ego Stardusta. Glamrock zdominował czwarty i ostatni longplay My Chemical Romance, ale odwołań do britpopu też tam nie brakowało (chociażby w „The Only Hope For Me Is You”). Na dodatek, w ramach promocji krążka, My Chemical Romance wykonali w studio BBC cover największego hitu w historii gatunku, czyli „Common People” Pulp.
Skrzyżowanie emo punku ze słodyczą disco mogło dać karykaturalny efekt końcowy przypominający dzieciaki z Harajuku. A jednak „Hesitant Alien” to zgrabny i przemyślany album. Gerard Way zaczyna z przytupem, bo otwierający dzieło utwór „Bureau” jest mroczny i teatralny, jakby żywcem wyjęty z „Rocky Horror Picture Show”. Kolejne piosenki są już bardziej oszczędne, choć nadal przebojowe. „Action Cat” i „Maya the Psychic” brzmią jak komiksowe wariacje na temat kalifornijskiego punku. Singiel „No Shows” to z kolei ukłon w stronę Blur i Pulp – słodkiej, popowej melodii towarzyszy charakterystyczny wokal, bo Gerard Way do dziś nie pozbył się egzaltowanej maniery. Co więcej, w konwencję wpisuje się promujący numer teledysk, który wygląda jak klip z kultowego programu „Top of the Pops”.
I taka jest taktyka Gerarda Waya – nie odkrywa niczego nowego. Każdy kolejny kawałek jest zlepkiem inspiracji w stylu retro. Muzyk puszcza oko w stronę fanów Suede, Iggy’ego Popa, Placebo czy Pixies. Za to nawiązań do My Chemical Romance nie ma tu żadnych, tak jakby Gerard Way chciał odciąć się od dorobku formacji. Najbardziej rockowa piosenka na krążku – „Juarez” – w ogóle nie przypomina hitów grupy. Jest hałaśliwa, agresywna, ale na pewno nie pompatyczna.
„Hesitant Alien” nie przyjmie się wśród ortodoksyjnych fanów My Chemical Romance. Solowy debiut Gerarda Waya jest zbyt krzykliwy, brokatowy i niekonwencjonalny, klimatem przypomina mi nieco kadry z filmu „Idol” Todda Haynesa. Nowe oblicze wokalisty My Chemical Romance spodoba się wszystkim, którzy tęsknią za wdziękiem przebojów sprzed dekad. Ale zyska zaufanie jedynie tych słuchaczy, którzy wyjdą poza znienawidzony szablon „króla emo”.
Najlepsze piosenki:
'Bureau', 'Zero Zero', 'No Shows'