Nieprzeciętna uroda, wspaniały głos i niezwykły urok. Te trzy elementy spowodowały, że Jessie Ware bardzo szybko stałą się gwiazdą w Polsce.
Jessie Ware nie jest wielka gwiazdą na świecie. W USA nikt o niej nie słyszał, w Anglii też nie należy do gwiazd pierwszej wielkości. Za to Polacy kochają ją miłością wielką i wydaje się, że odrobinę odwzajemnioną. Jej zachowania podczas wyprzedanych koncertów w Polsce świadczą o tym, że w kraju nad Wisłą Angielka czuje się dobrze. Aż tak dobrze, że wystąpiła nawet w „X Factorze”, podczas którego zaśpiewała swój największy przebój „Wildest Moments” ze zwycięzcą Artemem Furmanem.
Zanim Jessica Lois Ware stała się znana światu jako Jessie Ware stawiała pierwsze kroki w show-biznesie u boku Jacka Peñate. Konkretnie podczas koncertów Anglika śpiewała w chórkach.
– To był wspaniały trening – wspomina Jessie Ware. – Mogłam występować na scenie bez presji, na jaką narażony jest lider. To dało mi przedsmak tego co robię teraz, dzięki temu radzę sobie na scenie całkiem nieźle.
Jeden z członków zespołu Jacka Peñate poznał Jessie Ware z SBTRKT-em i dzięki temu wyżej podpisany po raz pierwszy usłyszał anielski głos Angielki. Moja przygoda z Jessie Ware zaczęła się od kompozycji „Right Thing to Do”. Artyści wcześniej nagrali też kompozycję „Nervous”. SBTRKT poznał z kolei artystkę z Samphą, z którym Ware zrealizowała piosenkę „Valentine”. Za sprawą tych kompozycji Jessie Ware podpisała kontrakt z wytwórnią PMR Records.
Przez krótki czas Jessie Ware pracowała jako dziennikarka sportowa dla „The Daily Mirror”. Skończyła wydział literatury na Uniwersytecie Sussex. Podczas pracy dla firmy Love Productions poznała Erikę Leonard, czyli autorkę „Pięćdziesięciu twarzy Greya”.
RECENZJA: Jessie Ware – „Tough Love”
Jessie Ware chyba nie chce już występować w klubach typu Basen czy Studio, lecz marzą się jej bardziej wytworne miejsce na koncerty – na przykład Sala Kongresowa.
Zobacz bardziej współczesny tekst o najlepszych utworach Jessie Ware.
Takie wnioski można wysnuć po przesłuchaniu drugiej płyty bardzo lubianej w naszym kraju wokalistki. „Tough Love” to najprościej mówiąc album bardziej elegancki. Wysmakowany, wymuskany. Bardziej też popowy i bezpieczny. Jessie Ware nie zgubiła jednak swych atutów. Miodopłynnego głosu, subtelnej zmysłowości, lekkości, kobiecego wdzięku. Wciąż bywa eteryczna, zwiewna („Pieces”), ale jednocześnie bardziej hollywoodzka, epicka. Niezmiennie lubi ejtisowe syntezatory, ale tym razem zadbała by miały one bardziej wyrafinowany charakter (ujmujące, walczykowe „Kind Of…Sometimes…Maybe”). Nadal czerpie z soulu, ale na drugim albumie jest to mniej organiczne, a bardziej bajkowe czy wręcz disneyowskie („Say You Love Me”).
Mamy do czynienie z absolutnie ślicznymi utworami, z chwytliwymi refrenami, zgrabnymi melodiami, dopieszczonymi aranżacjami o połyskujących metalicznych i perlistych odcieniach, acz ciężko oprzeć się wrażeniu, że też mocno wystudiowanymi. Odrobinę zabrakło emocji, naturalności, pewnej muzycznej niefrasobliwości. Za dużo tu powściągliwości, wymuszonej elegancji.
Krótko mówiąc „Tough Love” to Jessie Ware w wersji glamour. Nowe piosenki bardziej niż na koncerty w klubach czy festiwalach, nadają się na wielkie, pozłacane gale. Na imprezy, na które podąża się po czerwonym dywanie w błyszczących strojach, a przynajmniej w szpilkach.
Premiera w Polsce: 13 października
Wydawca: Universal Music Polska